Długo przyszło mi się mierzyć z najnowszym albumem The Tangent, zanim zebrałem się do zrecenzowania go. Gdy dziś zabierałem się do odświeżającego przesłuchania, zakatarzony, z lekką gorączką... Pomyślałem sobie "cholera, a co będzie, gdy mi się nie spodoba tak bardzo, jak pod koniec ubiegłego roku...". Drżąca ręka wciska "play" w discmanie i obawy pryskają wraz z pierwszymi mellotronowymi dźwiękami otwierającymi tę płytę.
To drugi album tego projektu. Zmienił się w międzyczasie skład - w miejsce Jaxona, który odszedł reformować Van Der Graaf Generator, jest Theo Travis. Nie zmieniła się muzyka - tu wciąż unosi się nieomal namacalny duch Generatora. I Hammilla. I w zasadzie na tym możnaby zakończyć tę recenzję, w myśl zasady "Hammilla się albo kocha, albo nienawidzi - nie ma uczuć pośrednich". Jednak napiszę jeszcze kilka słów, bo krzywdzącym byłoby przykleić Tangentowi etykietę z napisem "klon VdGG".
Muzyka stała się jakby bardziej poukładana, niż na debiucie. Jakby ci faceci nagle znaleźli Metodę i Drogę. I ładnie wykorzystali w sumie dość wyświechtane elementy, połączyli je w całkiem fascynującą układankę.
Oczywiście słuchaczy może przerazić sama setlista - godzina muzyki, pięć utworów, w tym jeden blisko 20-minutowy. Ale to jednak "żre", tu nie ma czasu na nudę. Tangentowi udała się rzecz trudna - zespół stworzył muzykę, która w słyszalny sposób narodziła się z grupowych improwizacji. Ale nie ma tu chaosu, jest precyzja. Czuć, że elementy niepasujące zostały w toku tworzenia usunięte, że to rozbudowane przecież utwory stały się jakby...zwarte. Paradoksalne stwierdzenie dla płyty, na której najkrótszy numer trwa blisko 8 minut, prawda? A jednak to prawda. Elementy vandergraafowskie, genesisowskie, klimat jakby z King Crimson z Wettonem... Czasem dalekie echo...Jethro Tull (i to nie tylko w dźwiękach fletu, ale także w specyficznym frazowaniu jednego z wokalistów). I oczywiste wypadkowe stylów macierzystych zespołów najważniejszych członków grupy - czyli Paralell or 90 Degrees (Andy Tillison) i The Flower Kings (Roine Stolt i sekcja). Ale tu znów wracamy do uporczywego VdGG. Koło się zamyka.
Spotkałem się z wieloma krytycznymi recenzjami tego albumu. Że w porównaniu do debiutu nudne, wtórne. Że brakuje Davida Jacksona. Że brakuje pomysłów. Czy to prawda? Nie, a przynajmniej nie cała. Bo owszem, ta płyta powiela to, co The Tangent przedstawili na "The Music Thad Died Alone". ale to jakby ulepszona, poprawiona, bardziej uporządkowana wersja. Jakby dopiero teraz wiedzieli, o co im tak naprawdę chodzi. I wychodzi im to świetnie. Nawet na koncertach, które zaczęli grać. Wychodzi na to, że ze studyjnego projektu pobocznego niechcąco wyszedł jeden z ciekawszych zespołów nowego progrocka. Mam nadzieję, że starczy im pomysłów i zapału i doczekamy się trzeciej płyty. A nawet jeśli nie - zostanie choćby ten album. Z piękną, baśniową okładką. I niepokojącą, rozedrganą, pulsującą muzyką. A właściwie... Muzyką. Dokładnie tak.