To dzieło Iron Maiden ukazało się już parę ładnych lat temu i jest to ich siedemnasty album studyjny. Pozwolę sobie na parę słów wspomnień, bo to istniejąca wiele lat i zasłużona dla gatunku kapela.

Pamiętam, jak w czasach mojego technikum razem z kolegą Adamem słuchaliśmy „The Number of the Beast” z czerwonej żelazowej kasety TDK. Potem moją ulubioną płytą stał się album „Seventh Son of a Seventh Son” i tak chyba pozostanie. Trochę tych płyt mam i byłem też 3 razy na koncertach. W pewnym momencie przestałem kupować nowe płyty, bo niestety Bruce Dickinson zaczął śpiewać coraz gorzej. To jest zrozumiałe, lata lecą i nic na to nie poradzimy.

Najnowsze dzieło to wydawnictwo dwupłytowe, w sumie 82 minuty muzyki. Album jest pięknie wydany, Mark Wilkinson zrobił piękne ilustracje. Pierwsza płyta to 6 utworów, na drugiej są tylko 4. Tym razem nie ma tu żadnej kompozycji Dave’a Murraya. Pod kompozycjami podpisali się Smith, Dickinson, Gers i Harris (aż 7 razy). Tylko dwa utwory trwają mniej niż 5 minut.

Słuchając tego albumu, ma się wrażenie, że te wszystkie patenty się już słyszało, ale teraz wszystko jest bardziej spowolnione. Czy to źle? Dla mnie nie, mnie się takie granie podoba. Nie oczekuję, że starsi panowie będą grać tak jak 40 lat temu, bo niby po co? Też nie jestem już najmłodszy i taka muzyka trafia w mój gust. Nie wiem, czemu to wydawnictwo jest dwupłytowe. Pewnie taki był zamysł, ale spokojnie można by te 4 minuty gdzieś uciąć i zmieścić wszystko na jednym krążku.

Ogólnie tempa są wolne, dużo klawiszy, solówki też są wolniejsze niż kiedyś. Pierwsza płyta jest bardziej różnorodna. Na drugiej płycie wszystko jest podobne: spokojny wstęp, klawisze, gitary. Ta druga płyta mi się bardziej podoba, może dlatego, że są tu aż 3 kompozycje Harrisa. Trudno wyróżnić któryś utwór, ale w tej chwili najbardziej podoba mi się „The Parchment”, czyli trzeci z drugiej płyty. Jest tu klasyczne „ajronowanie” i sporo klawiszy. Solówki nawet są trochę szybsze. Kończy się jeden utwór, a jak zaczyna się następny, ano bardzo podobnie: spokojne gitary, klawisze, wolny śpiew Dickinsona. Taka właśnie jest druga płyta. Te tła klawiszowe robią na całej płycie świetną robotę, a pamiętam, ile było lamentu kiedyś, gdy kapela wprowadzała je do swojego instrumentarium. Czasy się zmieniają, lata lecą, to nieuniknione. Na szczęście nie ma na tej płycie zbyt dużo „górek”, które dla wokalisty teraz są już dużym wyzwaniem.

Od lat narzekam, że brzmienie płyt Iron Maiden jest, jakby to dyplomatycznie ująć, mało „audiofilskie”. Jak jest tym razem? W sumie podobnie, ale tragedii nie ma. Jak to niektórzy mówią, nie urywa pewnej części ciała, ale da się słuchać. Zawsze uważałem, że taka kapela powinna się bardziej do tego przyłożyć. W sumie to mają pieniądze, znajomości, szacunek w branży, a to brzmienie od lat szwankuje. Może im nie zależy, może tak ma być, no nie wiem. Nie jest najgorzej, ale delikatnie mówiąc do „Brothers in Arms” Dire Straits to troszkę im brakuje, a to taka stara płyta.

Teraz po kilku latach od premiery płyta jest dostępna w całkiem rozsądnej cenie jak na wydawnictwo dwupłytowe. Starsi panowie grają wolniej, trochę wszystko rozciągają, ale ja to kupuję. Reasumując: nie żałuję, że kupiłem i słucha się tego całkiem przyjemnie, dlatego oceniam subiektywnie jak zwykle to dzieło na 8.