Zupełnie otwarcie przyznam, że z muzyką Colina Clue zetknąłem się bardzo późno, bo dopiero we wrześniu 2025 roku, gdy muzyk miał już na swoim koncie dwie płyty, wydany w 2021 roku album You oraz opublikowany rok później krążek About Her. Kontakt z artystą zacząłem wszak od wysokiego C, bo od razu od małego występu, który był jego absolutnym scenicznym debiutem! Wówczas, 20 września 2025 roku, twórca uświetnił kilkoma kompozycjami wyjątkowy, jubileuszowy koncert Małego Leksykonu Wielkich Zespołów w krakowskim NCK, będąc gościem Artura Chachlowskiego, który na swój sposób odkrył jego talent przed szerszą publicznością.
Co ciekawe, do tego momentu, muzyk ukrywał się nie tylko pod swoim artystycznym pseudonimem, ale też skutecznie chronił swój wizerunek. Wówczas na scenie zobaczyłem mężczyznę zupełnie odbiegającego od wizerunku standardowo postrzeganego rockmana (nawet tego z progresywnego światka). Spokojny, wyważony, pięknie posługujący się polszczyzną, bardziej przypominał kogoś o powierzchowności profesora filozofii, niż rockmana z krwi i kości. Nie znam pozamuzycznego życia Clue i być może trafiam tą uwagą w punkt (a może i kulą w płot?), w każdym razie, najnowszy, trzeci album artysty, w lirycznym aspekcie ma mocno filozoficzny klimat. Bo nawiązując do myśli starożytnych filozofów spogląda on krytycznie na współczesny świat, rozpędzony, konsumpcyjny i skomercjalizowany. Szuka w nim sensu przez pryzmat swojego już niemałego życiowego doświadczenia. I ujmuje to w bogactwo słów. Wystarczy spojrzeć w albumową książeczkę, by zauważyć obszerność tekstów i tym samym ogromną chęć wyrażania się nie tylko przez muzykę, ale i słowa.
A same dźwięki? Do nich odniosę się zupełnie „na czysto”, bez wcześniejszego kontekstu i porównań do poprzednich albumów. Po prostu do tego, co tu i teraz. A sam Clue akurat pod tym względem nie stara się zwodzić słuchacza. W jego krótkiej charakterystyce pomieszczonej w albumowej książeczce można przeczytać, że od wielu lat tworzy utwory inspirowane muzyką lat 70., 80. i 90. XX wieku.
Ta płyta jest głównie, choć nie tylko, Floydowa. Pierwsze dźwięki rozpoczynającego płytę Will all this pass? przenoszą nas w klimat Shine On You Crazy Diamond. Wkrótce potem dostajemy cudowne i majestatyczne gitarowe sola w Gilmourowskim stylu a następnie oddychamy akustycznymi brzmieniami wyjętymi jakby z Wish You Were Here. Następny The race, szybszy, bardziej motoryczny, pachnie norweskim Airbag i solową twórczością Bjørna Riisa, no ale wiadomo, że oni też wyrośli z Floydowego drzewa. Tych ewidentnych wycieczek we wspomnianym kierunku jest jeszcze sporo, choćby w Caravan, czy w Look, w którym urzekają nie tylko kolejne solowe gitarowe tyrady, ale też zawiesiste hammondowanie w tle, mruczący bas i tak specyficzne wokalne harmonie.
Z drugiej strony mamy też inności. Delikatnie szantowy w wokalnych formach Ballad about a child, czy bardzo Gabrielowski Do impossible things, w którym Clue śpiewa momentami z tą charakterystyczną dla byłego frontmana Genesis delikatną chrypką. A skoro przy porównaniach wokalnych jesteśmy, to w początkach What must come Clue jest mocno Watersowski. Największym zaskoczeniem na płycie jest jednak energetyczny, rockowy i niesfornie rozkrzyczany Our generation, w którym momentami Colin jakby balansował na pograniczu fałszu. Na początku drażnił mnie ten numer, ale z każdym przesłuchaniem zyskiwał i mogę powiedzieć, że dziś urzeka mnie swoim wigorem oraz naturalnością, stając się jedną z moich ulubionych tu piosenek! Kompozycja zresztą dzieli ten album na nieco odmienne części. Bo potem dominują już na nim głównie brzmienia bardziej balladowe i subtelne.
Świetny album dla miłośników przemyślanego, pięknie brzmiącego, melodyjnego i ujmującego klasycznego, progresywnego rocka. A do tego, to niezwykle ładnie graficznie wydana rzecz, która ozdobi płytową półkę każdego fana, który jeszcze takie muzyczne cudeńka zbiera.