Tę recenzję nowej płyty poznańskiej formacji Beyond The Event Horizon miałem zacząć od zdania, że oto po sześciu latach grupa powraca z trzecim pełnowymiarowym albumem. Ale szybkie spojrzenie w historię i dyskografię zespołu rychło kazało mi zapomnieć o takim wstępie. Bo muzycy (być może i zupełnie przypadkowo), z regularnością szwajcarskiego zegarka, po prostu co sześć lat wydają kolejne płyty. Wiem, w 2018 roku było FAR, jednak miało status mini albumu.
Mimo wszystko, po takiej przerwie, warto zerknąć na to, czy coś się u nich zmieniło? I tu trzeba odpowiedzieć twierdząco. Bo ze składu nagrywającego wydany w 2020 roku Leaving The 3rd Dimension pozostali tylko gitarzysta Adam Kowalka i perkusista Paweł Michałowski. Do niego dokooptowano zaś basistę Jakuba Puszyńskiego i – tu ciekawostka – wokalistkę Asię Malicką. Skąd zaskoczenie? Bo do tej pory BTEH grało tylko instrumentalnie. Tu, co prawda, śpiewu nie jest wiele, praktycznie tylko w jednej kompozycji Echo of L.O.O.T., ale to istotna sprawa. Tym bardziej, że intrygujące słowa (jak napisał zespół - dotykające wątpliwości, czy powracające echo oznacza rzeczywisty kontakt z inną świadomością, czy też jest jedynie odbiciem jego własnej transmisji, zniekształcone przez pole grawitacyjne czarnej dziury), tak naprawdę brzmią, jak tęsknota za kimś bliskim.
A co z muzyką? Ta przez te lata ewoluowała. Bo po bardziej rockowym i surowszym debiutanckim Event Horizon na Leaving The 3rd Dimension muzycy postawili na zdecydowane i odważniejsze wykorzystanie elektroniki a ich muzyka stała się bardziej przestrzenna, ilustracyjna i klimatyczna. Spodobał mi się ten album, który sześć lat temu oceniłem na 8/10 i cieszę się, że muzycy – mimo pewnych zmian w swoim obozie – poszli tą stylistyczną drogą i nagrali kolejną bardzo dobrą płytę.
Zacznijmy od tego, że grupa podeszła do tego wydawnictwa niezwykle kompleksowo, z pietyzmem łącząc muzykę z graficzną formą jej wydania. Zresztą nie pierwszy już raz zespół oferuje swój album w niebanalnej szacie. Tym razem dostajemy digipack w dominującej czerni, jednak powierzchnia jest niecodziennie prążkowana (w stylistyce pajęczej sieci) a na niej, w dwóch miejscach, logo grupy już w czerni błyszczącej. Jest też symbolika. Statek przypominający UFO a pod nim trójkąt odzwierciedlający wiązkę światła, na której tle, przypominające krzyże, postacie z… pozaziemskiej cywilizacji? W połączeniu z tytułem albumu (Contact) i zdaniami charakteryzującymi ich muzykę pomieszczonymi w promocyjnych materiałach („zespół […] eksploruje przestrzenie poza horyzontem zdarzeń”, „struktury rozpadają się pod wpływem własnej grawitacji”, „kompozycje zespołu przypominają podróż ku czarnej dziurze”) otrzymujemy podpowiedzi, w którą stronę ten cały koncept zmierza. Dodam tylko, że tak oryginalne podejście do szaty graficznej ewidentnie czerpie z tego, co proponował swego czasu kultowy Tool. Zresztą, wiele fragmentów tej płyty nawiązuje do brzmienia formacji Maynarda Jamesa Keenana i przyklejenie im po tej płycie maleńkiej łatki „polskiego Toola” wcale nie musi brzmieć jak herezja.
I tym sposobem dochodzimy do muzyki. Punktem wyjścia dla Contact jest niewątpliwie Leaving The 3rd Dimension. Dostajemy zatem płytę mroczną, z figurami nisko strojonego i wyrazistego, czasami dominującego, basu oraz ciętymi, atrakcyjnymi i natychmiast zapamiętywalnymi, gitarowymi riffami. Wszystko to zaś skąpane jest w bardzo intensywnej i ekspansywnej elektronice, czy to pod postacią dość klasycznych klawiszowych teł, czy też solowych, niekiedy „zakręconych” i „powywijanych” form. Mimo, że praktycznie wszystkie kompozycje są wielowątkowe, zmienia się w nich metrum, ponownie możemy mówić o muzyce transowej, motorycznej i hipnotycznej a szuflady, wokół których operuje zespół to metal, rock elektroniczny i atmosferyczny, post metal i post rock, ambient, space rock i psychodelia.
Czym zatem różni się Contact od swojej poprzedniczki? Wydaje mi się, że jest jeszcze bardziej ciemny, chyba ogólnie cięższy, mniej przestrzenny (choć i tego nie brakuje!), za to bardziej duszny, tajemniczy i psychodeliczny.
Nietrudno zauważyć, że pisząc o tej płycie nie zatrzymałem się przy żadnej kompozycji. Zupełnie nieprzypadkowo. Bo to album bardzo przemyślany w swojej spójności i trzeba go słuchać od początku do końca. Biorąc pod uwagę jego nieznaczną długość (nieco ponad 41 minut) oraz talent zespołu do bardzo dobrych, chwytliwych, melodycznych tematów, nie powinno stanowić to problemu. A o tym, że artyści mają nieszablonowe pomysły, niech świadczy zamykający całość Out: planet sound waves odchodzący od metalu. Z początku ambientowy, z czasem zyskuje industrialnych barw, które za parę chwil zostają złamane anielską, „syreniczną” żeńską wokalizą. I to naprawdę działa. Świetna płyta. Najbardziej dojrzała w ich dyskografii.