To szósty pełnowymiarowy album duetu Tomaszczuk/Turaj pod cenionym już szyldem Hidden By Ivy. O muzyce tego projektu piszę na naszych łamach od pierwszej, wydanej w 2015 roku, płyty Acedia. Piszę i być może dzięki temu dostrzegam zmiany w brzmieniu HBI w ciągu tej dekady. Już przy recenzji ostatniego, moim zdaniem najlepszego ich albumu, The Disappeared, napisałem, że artyści, wraz z albumem Inner zaczęli przechodzić od muzyki mrocznej, posępnej i gotyckiej, do dream popowych, synthpopowych i noworomantycznych piosenek (warto dodać, że od 2023 roku Andrzej Turaj rozpoczął także swoją solową ścieżkę, proponując dość podobne dźwięki, jednak chyba nieco bardziej surowe, „rockowe” i organiczne). I Dead in Heaven tę ewolucję podtrzymuje i rozwija.
Po raz kolejny dostajemy bowiem dziesięć bardzo atrakcyjnych melodycznie, perfekcyjnie dopracowanych brzmieniowo, kompozycji, z jednej strony uderzających pewną nostalgicznością, melancholią, z drugiej strony podszytych chłodem, mrokiem i - mimo wszystko - lekką gotyckością. Utworów, w których taneczność flirtuje z motorycznością i pewnym transem. Trochę nazw, w kontekście ich muzyki, można byłoby dorzucić, jak choćby formację Adriana Hatesa Diary Of Dreams, której koncertem zachwycałem się na naszych łamach w ubiegłym roku. Koniec końców, to jednak tylko łatki, które mniej lub bardziej trafnie podsuwają czytelnikowi kierunek. Mnie najbardziej podoba się to, że przez tę ponad dekadę duet stworzył natychmiast rozpoznawalną stylistycznie markę, dość wyjątkową na naszym rodzimym rynku, a i z pewnością poza jego granicami. Słuchając tego albumu pomyślałem, że gdyby dziś żył Tomasz Beksiński, Hidden By Ivy mogłoby być jego ukochaną rodzimą formacją, której dźwięki często gościłyby po 22 w poniedziałkowych „Romantykach Muzyki Rockowej”.
Naprawdę nie ma tu słabych rzeczy i czterdzieści minut muzyki mija szybko oraz bardzo spójnie. Niemniej moje ulubione fragmenty wyróżnię. Jak otwierający całość chłodny, ale zarazem porywający nośnością The Distance, z piękną, taką romantyczną, klawiszową figurą w refrenie. Albo przeszywający smutkiem The Next Room, Broken Self z gościnnym, wokalnym udziałem Marty Sobczyk, klimatyczny i spokojny Tell Me, czy będący subtelnym i ascetycznym zwieńczeniem No Way Out.
Ta płyta nie byłaby tak kompletna, gdyby nie teksty. W głównej mierze o ludzkich relacjach i towarzyszących im bólu, rozczarowaniu, tęsknocie, samotności, niepewności, bezradności, ale i bezgranicznej fascynacji i pragnieniu. Przyznam otwarcie, że gdy słuchałem liryków zdobiących poszczególne kompozycje na Dead in Heaven natychmiast "przykleiła mi się" słynna XIX-wieczna powieść Emily Brontë, Wichrowe wzgórza, o skomplikowanej i niespełnionej wszak miłości, a szczególnie jej tegoroczna, mocno gotycka filmowa wersja, którą z uwagą obejrzałem. Bo takie wersy, jak: why don′t you pull me along with you? Push me off the road death, cover me with flowers, You are the voice of desire (The Distance), I would like to feel you, feed on You before I will go through the fire (Salome), czy ten z Relief: I only wanted to give you everything, so that Your heart no longer has to yearn, oddają tę niesamowitą emocjonalność i kto wie, czy ta muzyka w połączeniu z nimi nie pasowałaby to tego literackiego i filmowego dzieła. Gorąco polecam Państwu ten album.