Recenzja tej płyty ukazuje się dziś zupełnie nieprzypadkowo, w prima aprilis, czyli popularny dzień żartów. Dlaczego? Bo już widzę te złośliwe uśmiechy pod nosem, bądź nawet głośne komentarze: ale jak to? Chivas na ArtRocku?! Prawie 30 lat historii portalu, tysiące recenzji, w tym setki tekstów o absolutnych klasykach rocka, metalu, czy wreszcie progresu.. i naczelny redaktor (zwykle piszący o Marillionach, Camelach, Pendragonach i Riversajdach) recenzuje gwiazdę polskiego hip-hopu Chivasa?
A dlaczego nie! I przyznam Państwu, że absolutnie nie będzie to żartobliwy tekst! Bo jako człowiek od lat otwarty na różne style i gatunki, mimo 53 wiosen na karku, staram się chwytać także muzykę, na którą większość ludzi z mojego pokolenia patrzy nieco z góry. Chivasa słucham od dawna, dzięki mojemu starszemu synowi, (notabene, o rok starszemu od Chivasa) i jest mi z tym… dobrze. Bo Chivas jest bardzo rockowy i ten jego najnowszy album tylko to potwierdza.
Ale do rzeczy, czyli zacznijmy od pewnych pryncypiów. Wszak nie wszyscy tu Chivasa znać muszą. To właściwie Krystian Gierakowski, wokalista, muzyczny producent i twórca tekstów urodzony w 1998 roku w Łodzi. Ma na swoim koncie już trzy albumy, w tym dwa – Młody say10 z 2022 roku i Deathcore z 2024 – które zdobyły platynę i znalazły się na 1. miejscu OLiS.
Recenzowany tu czwarty krążek, DWADZIEŚCIASIEDEM., ukazał się dosłownie 4 dni temu i zawiera niecałe 29 minut muzyki wpisane w 13 kompozycji. Bardzo osobistych (dotykających konkretnych sytuacji życiowych, czy uczuciowych relacji). Tak jak zresztą cały album, co podkreślone zostało już samym tytułem odnoszącym się do wieku autora. W tekście zapowiadającym tę płytę Chivas napisał: Hej, to był chyba najgorszy rok mojego życia i cieszę się, że w końcu mogę się z Tobą podzielić tym. Dzięki. Dlatego płytę spinają dwie niedługie i dość wzniosłe kompozycje, otwierająca Dwadzieściasiedem i zamykająca Dwadzieściaosiem. A między nimi mnóstwo fajnych numerów, które mogą spodobać się fanom bardzo ciężkich brzmień, bowiem Chivas zgrabnie łączy metalowe, czasami poszatkowane riffy, z intensywną elektroniką i popem.
Posłuchajcie zresztą mocnych i przebojowych Dwa razy tyle, Może się poznamy, czy wreszcie chyba najbardziej potężnego Gen D. Gdy słucham tej ostatniej kompozycji przychodzi mi do głowy nowa fala melodyjnego metalcore’a, czy też grania łączącego emo, metal i pop. Sporo ostatnio tego słucham, bywam też na takich koncertach (pełnych młodych i bardzo młodych ludzi) i trudno mi nie zauważyć pewnych zbieżnych niuansów z brzmieniem takich składów jak np. President, sace6, czy Fit For A King.
Chivasowi udało się na DWADZIEŚCIASIEDEM. pomieścić naprawdę mnóstwo melodyjnych, nośnych killerów takich jak Chcemy tego więcej, czy bujające Dead2Me i Tylko diamenty są na zawsze. Nie brakuje wszak i melancholijnych klimatów, jak chociażby w pełnym patosu Nawet nie wiesz jak chciałbym móc to poczuć jeszcze raz. Warto zauważyć jeszcze gości, Young Leosię i Vito Bambino. Póki jesteś, czyli znakomita piosenka, w której pojawia się Vito, odstaje stylistycznie od reszty albumu. Jest organiczna, z akustycznymi brzmieniami i bardzo w duchu Bambino.
I jeszcze słowo o wydaniu. Tak sobie to twórca wymyślił, że wersja jewel box to tylko przezroczyste pudełko z napisem DWADZIEŚCIASIEDEM., srebrny dysk bez żadnego nadruku i brak jakiejkolwiek książeczki z tytułami utworów. Ot, taka artystyczno-ascetyczna fanaberia. Ciekawe.