Bad Trip Noise to debiutanckie trio na rodzimym muzycznym rynku, choć tworzący je muzycy mają już bogaty bagaż doświadczeń. Najbardziej znany naszym czytelnikom powinien być Bartłomiej Bereska, wieloletni gitarzysta Osady Vida, który zagrał na jej pierwszych sześciu płytach. Jest też w nim, między innymi, basista Marek Kosiński współpracujący z formacją Hasiok. Ci panowie, wspólnie z Przemysławem Lechowiczem, stworzyli klasyczne power trio na gitarę, bas i perkusję oferując niżej recenzowany, niespełna 40-minutowy, instrumentalny album.
Ten nagrano ponoć podczas krótkiej i spontanicznej sesji w Studio 7 Błażeja Domańskiego na tak zwaną „setkę”. Co z tego wyszło? Kawał faktycznie dość świeżego, gitarowego grania, które trudno jednolicie zaszufladkować. Bo dziewięć kompozycji wpisanych jest w niedługie, zwykle nieco ponad 4-minutowe formy, które jednak mają wielowątkowy charakter, naznaczany nie tylko zmienną rytmiką ale też klimatem. Na pierwszy plan wychodzą oczywiście gitarowe figury Bereski, który korzystając z efektów czyni przekaz niezwykle barwnym i różnorodnym. Wszystko z kolei siedzi na intensywnie pracującej i fajnie brzmiącej sekcji rytmicznej, z soczystym i wyrazistym basem oraz wszędobylskimi bębnami. Przez to wszystko można wpisywać ich muzykę w tradycyjnie pojmowaną progresywną formułę. Ale ich płyta ma o wiele więcej barw.
Przede wszystkim to granie mogące być doskonałą bazą do improwizacji. Wydaje się zresztą, że to materiał wprost stworzony pod sceniczne deski ze swoją (niekiedy) transowością i hipnotycznością. Co jeszcze mamy? Oryginalny brzmieniowo, bujający Togo To Go; z początku klasycznie jazzujący a później funkujący (z przefajnie pulsującą gitarą basową) Bad Trip Boys albo chwilami psychodeliczny, dzięki gitarowej tyradzie, Iron Will. Są też rzeczy bardziej stonowane, jak nastrojowy Gift, czy też taki, choć głównie w pierwszej odsłonie, Storyteller. Na koniec zostawiłem sobie mój ulubiony tu Seismology, być może za energetyczność i witalność, świetne melodie oraz przewidywaną koncertową nośność, a może i głównie za uroczą gitarową figurę pięknie przywołującą tę z... Untouchable Part 1 Anathemy.
Cóż, bardzo udany debiut dla prawdziwych koneserów dobrego, rockowego i instrumentalnego grania, pełen lekkości i sporej dozy atrakcyjności. Do tego uzupełniony intrygującymi grafikami pomieszczonymi w książeczce.