Aż dziewięć długich lat kazała czekać na swój szósty studyjny album szwedzka formacja Karmakanic. Przyznam, że wręcz o nich już zapomniałem i myślałem, że ten muzyczny rozdział Jonas Reingold – założyciel projektu – ma już za sobą. Tymczasem w grudniu 2024 roku zespół zapowiedział nowe dzieło, które światło dzienne ujrzało w marcu minionego roku i… jakoś do tej pory nie zostało u nas zrecenzowane. A szkoda. Bo osobiście mam ogromną słabość do formacji, której wszystkie dotychczasowe albumy recenzowałem w naszym serwisie, z czego większość w ramach przygotowań do ich pierwszego i jak się okazało, do dziś jedynego koncertu w Polsce. Przypomnę, że 29 kwietnia 2012 roku grupa wystąpiła we wrocławskim klubie Eter a ja miałem przyjemność ten występ oglądać.
W jakiej formie grupa wraca po latach? Trzeba przyznać, że w dość spektakularnym stylu, jednak bez wielkich zaskoczeń i fajerwerków. O co chodzi? Już wyjaśniam. Na Transmutation zagrał prawdziwy dream team progresywnego rocka, gdyż oprócz stałych członków Karmakanic (Jonas Reingold, Krister Jonsson, Göran Edman i Lalle Larsson) usłyszymy tu między innymi takich cenionych artystów, jak Steve Hackett, Nick D'Virgilio, Craig Blundell, Simon Phillips, John Mitchell, Andy Tillison, Randy McStine, Tomas Bodin, Luke Machin, Rob Townsend, czy Amanda Lehmann! Nieźle, nieprawdaż? Tak zresztą o tym kosmicznym składzie mówił swego czasu sam Reingold: muszę uszczypnąć się w ramię, gdy myślę o tym, kto właściwie znalazł się na tym albumie. Wszyscy są moimi bohaterami i jestem naprawdę dumny i wdzięczny, że dali mi część swojego talentu, aby ukształtować ten album. To naprawdę wspólne przedsięwzięcie. Czasami żartuję, że Karmakanic jest dla progresu tym, czym FC Barcelona dla piłki nożnej. Tylko najlepsi gracze na pokładzie. To skoro przy głosie jest lider projektu - którego twarz widnieje na okładce – dotknijmy też i samego tytułu. Transmutacja jest przekształcaniem się czegoś w nowy stan istnienia. Zdaniem Reingolda dotyczy to także jego muzyki: przynoszę ziarno, które zamienia się w jasny kwiat, mam nadzieję, że nie umrze zbyt szybko!
To czas na tę muzykę. Napisałem wyżej, że nie zaskakuje. Bo to w dalszym ciągu klasyczny progresywny rock z takim symfonicznym rozmachem. Z długimi formami, zmianami tempa, nastroju, solowymi popisami i sporą dozą muzycznej emfazy. I z pewnością dla każdego fana tego typu progowych uniesień musi brzmieć to wybornie. Tym bardziej, że i pod względem muzycznej atrakcyjności to się klei i choćby takie kompozycje jak End of the Road, czy Cosmic Love mają fajne tematy. A wieńcząca całość, prawie 23-minutowa suita Transmutation (The Constant Change of Everything) – może i podporządkowana pewnym stylistycznym schematom - ma wszystko to, czego potrzeba w progowym graniu.
A jednak pewna rzecz mi w Transmutation nie gra. Może was zaskoczę, ale Karmakanic odszedł na tej płycie od tego, nad czym tak skrupulatnie pracował na pięciu poprzednich albumach. Od swojej wyrazistości, dzięki której grupę mogłem rozpoznać po kilku chwilach. Napisałem w recenzji Dot prawie dziesięć lat temu, że w tej muzyce „na plan pierwszy wysuwają się dwie osobowości: lider całego przedsięwzięcia Jonas Reingold, którego charakterystyczny bas natychmiast uwydatnia styl zespołu, oraz wokalista Göran Edman ze specyficzną barwą głosu”. Tu tych elementów już nieco brakuje. Bas w swoim brzmieniu, w moim odczuciu, nie jest już tak ekspansywny a Edman pojawia się tylko w Gotta Lose This Ball and Chain, zaś w pozostałych kompozycjach zastępują go John Mitchell, Randy McStine, czy Jonas Reingold.
W efekcie tego Karmakanic AD 2025 brzmi – posługując się terminologią wprost ze świata whisky – jak idealny blended malt łączący w sobie Transatlantic, The Flower Kings, Neal Morse Band, Flying Colors i Lonely Robot (gdy śpiewa Mitchell nie mogę uciec od tej nazwy!). A ja bym chciał, żeby ten Karmakanic smakował tak, jak dobry single malt. Może i starzony w beczkach już nie pierwszego napełnienia, po Genesis i Yes, ale jednak bardziej osobliwy i rozpoznawalny.