Dimension of Silence to duet, w skład którego wchodzą Marcin Szlachta i Tomasz Pyz. Pierwszy z nich odpowiada za instrumenty klawiszowe, organy Hammonda i gitarę elektryczną, drugi zaś za gitarę basową i programowanie. Szlachta powinien być znany czytelnikom naszego serwisu, bowiem swego czasu wchodził w skład zawierciańskiego Brain Connect, którego kilka wydawnictw recenzowaliśmy na naszych łamach a ja miałem nawet okazję oglądać grupę na żywo, gdy ta poprzedzała wrocławski koncert szwedzkiej grupy Karmakanic w 2012 roku.
Te powyższe nazwy mogą być jednak mylące, bo jednak Dimension Of Silence nie gra jak powyższe składy, choć niewątpliwie trudno mu odmówić „progresywnych zapędów”. Ale to nie one są tutaj kluczowe. Zacznijmy od pewnych pryncypiów. Przede wszystkim to granie instrumentalne, w którym wyraźnie słychać łączenie instrumentów cyfrowych z brzmieniami analogowymi. A ponieważ w dużej mierze prym wiodą tu instrumenty klawiszowe, czuć subtelnie fascynację latami osiemdziesiątymi.
Posłuchajcie zresztą utworu Perfect Plan ozdobionego solową klawiszową figurą, w którym wyczuwam delikatnie dotyk naszego rodzimego klasyka el-muzyki, Marka Bilińskiego, czy… (a niech będzie!) zasłużonego Kombi. To jednak nie koniec zabawy z szukaniem różnorodności w obrębie albumu. Bo następny Neoclassical Marmalade pachnie nieco nowocześniej zagraną… muzyką dawną. Z kolei mroczny i niepokojący Message for Mr Edgar to naturalnie wielki ukłon dla Edgara Froese i Tangerine Dream. W tę szufladę możemy też chyba wrzucić ambientowo-futurystyczny First Page, który wszystko inauguruje. Od piątego w zestawie, wielowątkowego Journey Into The Depths, zaczyna się bardziej „progresywna” część płyty. We wspomnianej kompozycji warto wyróżnić nie tylko zmiany tempa, ale i wyraziste formy basowe, natomiast w rozpoczętym quasi pozytywkowymi dźwiękami Where Have You Been For So Long, klasyczne, melodyjne gitarowe solo. Równie ładną solówkę dostajemy w zamykającym całość The Last Chapter, który znów jednak pachnie „ejtisami”. A tuż przed nim największe zaskoczenie – najbardziej akustyczny, uzupełniony Hammondami The Prism Of Time. Ciekawy, trochę inny od wszystkiego, lekko vintage’owy debiut. Warto ich obserwować.