Proszę państwa. Oto jedna z najgorętszych nazw i premier w metalcore’owym światku ubiegłego roku. Może i nie są jakoś oryginalni, bo patent scenicznej anonimowości nie jest niczym odkrywczym. A jednak sposób w jaki się pojawili wywołał niemałe zamieszanie. Grupa bowiem znalazła się w składzie ubiegłorocznego Download Festival nie mając na koncie żadnego wydawnictwa! Koncert zrobił niesamowite wrażenie a spekulacji, skąd się muzycy wzięli, nie było końca. Ponoć to angielska formacja i tworzy ją czterech muzyków: wokalista The President, gitarzysta Heist, basista Protest i perkusista Vice. Trzech ostatnich panów ma po prostu na twarzach czarne maski, frontman jednak wygląda dość intrygująco. Garnitur, muszka, siwe, rozwichrzone włosy i pomarszczona twarz. Wszystko faktycznie stylizowane na jakiegoś diabolicznego polityka o nieco wojskowej aparycji. Tu zresztą możecie sobie zerknąć na ich występ na wspomnianym feście.
Dobra, tyle o okołomuzycznych głupotkach, które - mam nadzieję - Was nieco wciągnęły w temat. Czas na muzykę, bo to przecież ona ma się przede wszystkim bronić. I… daje radę, gdyż to w istocie jakiś świeży powiew w metalcore’owej szufladzie. Na recenzowanej tu i wydanej we wrześniu ubiegłego roku debiutanckiej EP-ce King Of Terrors (tytuł nawiązuje do biblijnej postaci z Księgi Hioba, symbolizującej śmierć jako ostateczną konsekwencję grzechu – samo wydawnictwo dotyka tematyki religii, śmiertelności i egzystencjalnego strachu) znalazło się tylko sześć kompozycji i niewiele ponad 20 minut muzyki. Muzyki, która łączy klasyczny metalcore z alternatywnym metalem, popem i ekspansywną elektroniką, czerpiącą nieco z ambientu i trip hopu.
Co z tego wychodzi? Prawdziwa petarda! Jeśli nie lubicie ekstremalnego metalcore’a i krzykliwych partii wokalnych szybko donoszę, że jest ich tu niewiele. Dominuje czysty wokal ze stosownym tunem i pogłosem. No a melodie? To już totalna jazda! Otwierający całość In the Name of the Father, wielowątkowy i pomieszczony ledwie w 4 minutach, ma kilka świetnych tematów. A już drugi Fearless, ze stadionowym, harmonicznym refrenem, łączy wszystko to, co „refrenowo” najlepsze w Staind, Black Stone Cherry, Godsmack i System Of A Down (ale sobie combo wymyśliłem!). Podoba mi się taka ambientowość i trip-hopowość połączona z bezczelnym popem w Rage. Zresztą, w kolejnych Destroy Me, Dionysus i Conclave też przefajnie panowie skontrastowali delikatne, rytmicznie bujające i klimatyczne zwrotki ze wzniosłymi i osadzonymi na mocnych gitarach refrenami.
No i teraz najważniejsze. Ci czterej zamaskowani panowie już za cztery dni odwiedzą Polskę poprzedzając, będącą już dawno w metalcore’owej ekstralidze, grupę Architects. Ależ zapowiada się wieczór. 9/10 za debiutanckie 21 minut? Ryzykownie, ale niech będzie.