Jacek Korzeniowski powinien być znany naszym czytelnikom choćby z formacji Collage, z którą nagrał tak cenione w środowisku progresywnego rocka albumy, jak Baśnie i Changes. Poza tym jego muzyczna droga wręcz usłana jest współpracą z cenionymi artystami i zespołami (Edyta Bartosiewicz, Dariusz Kozakiewicz, Piotr Szkudelski, Robert Brylewski, Oddział Zamknięty, czy Old Breakout).
W tym kontekście aż dziw bierze, że dopiero teraz artysta nagrał swoją pierwszą solową płytę, stając się – z takim bagażem muzycznych doświadczeń – swoistym debiutantem. I niech nie zmylą was powyższe nazwy. Bo Korzeniowski gra praktycznie kompletnie coś innego. Gra korzennego, czystego bluesa. Takiego pachnącego Claptonem, Mayallem a nawet B.B. Kingiem. Nie mamy tu zatem jakichś soczystych, grubych, bluesowych riffów, bliskich hard rockowi. To raczej granie niespieszne, jakby wyciszone, momentami ciut akustyczne, czasami z jazzowymi niuansami. Króluje w nim jednak gitara elektryczna, na której muzyk wygrywa świetne i dopracowane solowe formy. W tle często towarzyszą im zawiesiste Hammondowe tła a pewnej stylowości wszystkiemu dodaje głos Korzeniowskiego. Trochę chropawy, jakby zmęczony, on sam operuje nim jednak bez większego wysiłku.
To płyta nagrana w formule one man band, do tego Korzeniowski nie bawił się w jakąś cyfrową obróbkę, dlatego wszystko brzmi niezwykle naturalnie i każdy, kto ma fajny sprzęt audio, to usłyszy, mając tym samym spory komfort w odbiorze. Co ciekawe, rzecz jest też bardzo spójna i jednorodna (i trudno tu coś naprawdę wyróżniać), mimo że tak naprawdę poszczególne kompozycje powstawały przez wiele lat do symbolicznej szuflady. No dobra, niech będzie. Wybiorę dwa moje ulubione numery – Sitting in the Sun i Midnight Ride – najdłuższe (7-minutowe) w zestawie, dobrze oddające ducha płyty.
Całości dopełniają ciekawe teksty, czasami pisane wprost, innym razem bawiące się słowem (patrz już sam tytuł), pokazujące u twórcy fajny dystans do życia i otaczającego świata. Dla fanów stylowego bluesa rzecz obowiązkowa.