Przy okazji dość już licznych moich tekstów o Big Big Train nigdy nie ukrywałem, że mam dużą słabość do grupy i spojrzenie na ich kolejne premierowe dźwięki może być obarczone ową słabością. Ale cóż, wydaje się, że grupa po raz kolejny przygotowała album na wysokim poziomie, który z pewnością nie rozczaruje jej miłośników.

Tym bardziej, że to dość wyjątkowa płyta w ich dyskografii, bo – choć zespół od lat serwuje słuchaczom muzykę z ciekawymi opowieściami – to jednak jest to pierwsza w historii grupy pełnometrażowa płyta koncepcyjna. Historia nie jest osadzona w konkretnych ramach czasowych, ale opowiada o Artyście, który zmaga się z życiem. Wybiera się na spacer, znajduje kawałek drewna i tworzy coś, co uważa za wyjątkowe. To odmienia go. Wkracza do świata przypominającego Narnię a jego dusza i umysł balansują między prawdą a fikcją, sztuką a rzeczywistością, czy wręcz snem i jawą.

I ta intrygująca historia staje się kanwą dla -  jak zwykle u nich -  bogato zaaranżowanej, progresywnej w swoim wyrazie, muzycznej formy. Słuchając Woodcut długo zastanawiałem się, dlaczego ten 16. album Brytyjczyków (oczywiście bardziej ze względu na swoje korzenie, wszak dziś to zespół mocno międzynarodowy) po raz kolejny urzeka, choć nie oferuje zaskakujących dla nich rozwiązań. I wydaje mi się, że grupa – w tej mocno zgranej wszak już formule – ma swój własny stempel, kilka drobiażdżków stylistycznych i brzmieniowych, które pozwalają rozpoznać ich bardzo szybko.

Bo można byłoby na prędce ich zaszufladkować jako zgrabną mieszankę muzyki Neal Morse Band, The Flower Kings, Transatlantic z bazą klasycznego, pachnącego latami siedemdziesiątymi Genesis. Ale oni dorzucają do tej muzycznej sałatki charakterystyczne brzmienia instrumentów dętych, smyczki, bardzo ciepłe, głębokie, wycyzelowane brzmienie (jak pięknie u nich brzmi ta 12-strunowa gitara Sjöbloma, czy bass pedals Spawtona, przy którym aż drży podłoga), specyficzną dla stylu wzniosłość, ale taką o silnie nostalgicznym, melancholijnym, czy wręcz romantycznym zabarwieniu.

Co ciekawe, grupa miała do tej pory trzech głównych, bardzo charyzmatycznych wokalistów o specyficznej barwie głosu (Martin Read, Sean Filkins i David Longdon) i zawsze wydawało się, iż kolejny „nowy głos” spowoduje, że „to już nie będzie to”. A jednak siła ich muzyki była tak duża, że nigdy nie dzieliło to fanów a ich pozycja stale rosła. I tak jest w przypadku Alberto Bravina. To jego dopiero druga pełnowymiarowa płyta studyjna z zespołem (nie liczę Ingenious Devices) a odnosi się wrażenie, że jest już dla zespołu ogromnie ważny. Zdaje się być prawdziwym człowiekiem instytucją dla Big Big Train.

Muzycznie jest tu mnóstwo piękna. Zmian klimatów (od zadziornie grającej gitary, poprzez jej akustyczne i solowe twarze), licznych zmian tempa, aranżacyjnych detali i smaczków wygrywanych na moogu, Hammondzie, mellotronie, skrzypcach, czy trąbce piccolo. Do tego, jak to zwykle w konceptach, pewne tematy powracają w lekko zmodyfikowanej postaci, jak w przypadku znakomitego i wykorzystanego do promocji The Artist, z którego melodyczna forma cudnie powraca w instrumentalnej, niespełna dwuminutowej miniaturze Hawthorn White. Podobnie zresztą rzecz się ma z The Lie of the Land, z którego motyw powraca prawie na koniec w uroczym Counting Stars. W efekcie tego słuchacz ma poczucie obcowania z albumem spójnym i jednorodnym. Jakieś ulubione fragmenty? Dla mnie prawdziwa magia dzieje się w następujących po sobie Dead Point, Light without Heat i Dreams in Black and White. W tym pierwszym wokalna partia Bravina od samego początku emocjonalnie rozsadza, zaś dwie kolejne kompozycje przynoszą absolutnie wyborne gitarowe sola.  

Cóż, Wielki Pociąg po raz kolejny nie zawiódł i pojechał właściwymi torami. Szczerze polecam Państwu tę płytę.