"Co trzeba zrobić, żeby był żółty śnieg?"
Ostrzeżenie. Poniższa recenzja może zawierać sarkazm, alergeny – m.in. soję, śladowe ilości orzechów oraz psią sierść. Czytasz ją na własną odpowiedzialność. Jeżeli się nie zgadzasz z treścią – zaprzestań lektury i zamknij drzwi od drugiej strony. Przed opublikowaniem komentarza skonsultuj się z lekarzem pierwszego kontaktu albo psychiatrą.
Wprost z królewskiego miasta, w którym wszyscy mieszkańcy deklarują swoje 100% poparcie dla Unii, przybyło to oto prezentowane wydawnictwo. Z dwóch różnych głosów (nie licząc tych w głowie) dochodziły podpowiedzi: „Oni grają jak Zappa!”, „Fajni są, musisz posłuchać!”. Jak przystało na niewiernego (z imienia), sięgnąłem po krążek, aby powiedzieć: „no to sobie posłuchamy”. Miałem dużo czasu. Akurat miałem do odbioru Ryśka – czyli lusterko konstrukcji Ritchey-Chretien, które właśnie przeszło renowację i tuning. Droga do śląskiej kuźni teleskopów, w której z seryjnych reflektorów formuje się rasowe astrografy, wystarczyła na dwukrotne obrócenie playlisty. Na A4 bez przeszkód – od kiedy zastąpiono bramki płatności za przejazd elektronicznym poborem opłat, który zaczyna naliczać po przekroczeniu 140 km/h, jazda jakby stała się spokojniejsza. Ruch w większości przeniósł się na lewy pas, prawy był praktycznie pusty i można było spokojnie delektować się dźwiękami szczelnie wypełniającymi wnętrze pojazdu.
Yellow Snow – to projekt pięciu muzyków z Leszna, Pyrogrodu, Stolicy ziemniaka. I królewskiego miasta króla Stanisława Leszczyńskiego. Miasto, oprócz szeregu mistrzów szybownictwa, wychowało także naczelnego astrofotografa kraju oraz grupę muzyków alternatywy (Atmosphere, Retrospective). Do tego alternatywnego grona można dopisać kwintet prowadzony przez braci Kleinschmidt.
No to co z tym Zappą? Muzycznie to jest troszkę inna bajka. Złośliwiec powiedziałby „koło Zappy to to nawet nie leżało”. Ale ja złośliwym recenzentem nie będę. To, co mają wspólnego z legendarnym twórcą, to bardzo frywolny sposób podejścia do tworzenia muzyki oraz liryki, ale nie ma tu tych sławnych wieloznaczności i manifestów społeczno-politycznych w tekstach utworów, z których znany był twórca „Mothers of Invention”. Ale jest bogactwo aranżacji i cięty dowcip! Nazwa kwintetu naturalnie jest zapożyczeniem z utworu „Don’t Eat the Yellow Snow” z albumu Apostrophe (') z 1974 r., czyli historii dzielnego Eskimosa Nanooka, który broni swojej foki przed traperem, oślepiając go żółtym śniegiem produkcji swoich huskich. „Watch out where the huskies go (...)”, do którego także zespół odnosi się w zamykającym album utworze „Vulf pee”. W naszej kulturze dowcip o podłożu muzycznym nie miał wcześniej swojego debiutu, do tego w muzyce z definicji o smutnym wyrazie twarzy. Dopóki kabaret nie zaczął grać muzyki, to wszystkie teksty były śmiertelnie poważne. Dopiero wejście na scenę zespołów takich jak Nocny Kochanek oraz Łydka Grubasa wypchnęło w kąt te poważne teksty o smokach, księżniczkach i rycerzach i innych egzystencjalnych przypadkach bohaterów literatury i cywilizacyjnych outsiderów. I tak, tu się panowie bardzo wzorują na amerykańskiej szkole muzyki dla muzyków. W warstwie muzycznej to degustacja bogatego bukietu art-rocka. To majstersztyk, który łączy klasykę rocka progresywnego, symfonicznego, funky, new wave i math-rocka.
Na album składa się 11 utworów o rozbudowanej, bogatej aranżacji, które nie wstydzą się czerpać z inspiracji korzeni gatunku sprzed pół wieku. To jakby Abraxas próbowało ciętej liryki w stylu Nocnego Kochanka do muzyki mocno inspirowanej Genesis, Camel, Yes czy wspomnianym (ale tylko tak odrobinę) Zappą. Połowę stanowią kompozycje instrumentalne, z płynnymi przejściami pomiędzy utworami. Mamy tu zarówno klawesyn prowadzący barokowo-klasycystyczny motyw w „Eustachym”, proste akordy wręcz w depeszowskiej formie w „Cyklistce”, rozbudowane unisona wypełnione soczystymi hammondami w „Yuki”. Math-rockowa „Klamka” czy „PKP” z basowymi slappingami i łamańcami rytmicznymi. Ciekawą perełką są „Rozterki księcia E.”, w których – gdyby ktoś się uparł – można nawet wpleść nieco modnej ostatnio mikrotonalności? Uczta mistrzowsko podanych dźwięków, do jakich przyzwyczaili nas klasycy - jednak z pewną nutką niebanalności lirycznej i autoironii.
To wydawnictwo to dla recenzenta czysta frajda słuchania – świetnie przygotowany materiał, bogate aranżacje, są smaczki i dużo humoru. Głos (ten spoza głowy) mówi, że świetnie grają na żywo. No to się przekonamy... Na razie nie może być inaczej – ósemeczka, szanowni państwo. Ja chcę więcej takich albumów!
"Co trzeba zrobić, żeby był żółty śnieg?
Siku!"