Myślę, że każdy, kto się interesuje cięższą muzyką, słyszał zapowiedzi, że ten siedemnasty album studyjny ma być ostatnim w historii zespołu Megadeth. Sporo szumu było zrobione wokół tej płyty przed jej wydaniem, marketingowcy wykonali swoje zadanie perfekcyjnie.

Zawsze, gdy siadam do napisania paru zdań o jakiejś płycie, to zastanawiam się, czy jestem fanem danego zespołu. W przypadku Megadeth bywało różnie, mam w sumie 8 ich płyt i raz byłem na koncercie, ale to były lata 90. ubiegłego wieku. Od razu napiszę, że moja ulubiona płyta to „Youthanasia” wydana w 1994 r. Pamiętam, że dużo było wtedy krytycznych opinii, że zbyt komercyjna, zbyt łagodna, za mało thrashowa itp. Ja, jak zwykle, tym nie przejmowałem się, bo akurat taki Megadeth lubiłem najbardziej i nadal lubię.

Jaka jest najnowsza płyta? Moim subiektywnym zdaniem bardzo udana. W osobistym rankingu nie pokona „Youthanasii”, ale zajmie wysoką pozycję. 10 nowych kompozycji i jeden bonus – to daje nam razem 47 minut dobrego, porządnego grania. Muszę przyznać, że nawet się nie spodziewałem, że najnowsze dzieło Dave’a Mustaine’a i spółki zrobi na mnie tak pozytywne wrażenie. Słucham tej płyty już jakiś czas i ciągle mi się podoba. A to dobry znak.

Moje ulubione utwory to „Tipping Point”, „Hey, God?!”, „I Am War” i kończący podstawową listę „The Last Note”. Pozostałe kawałki też są bardzo udane i utrzymane na równym, wysokim poziomie. Osobiście od zawsze najbardziej lubiłem te utwory zagrane w średnich tempach, a takich tu nie brakuje, jak chociażby wspomniany wyżej „I Am War”. To świetny utwór, fajny riff, ciekawa melodia i tekst będący taką swojską modlitwą Dave’a.

Muszę jeszcze wspomnieć o „The Last Note”. To w warstwie tekstowej takie pożegnanie ze sceną i z tym, co Dave robił przez tyle lat. Muzycznie to świetny riff i ciekawa melodia w refrenie. Słucham tego utworu ciągle z dużą przyjemnością, taki Megadeth lubiłem. „Przybyłem, rządziłem, a teraz się ulatniam” – tak lider zespołu żegna się w ostatnim utworze. Bonus to „Ride the Lightning” wydany przez Metallicę, ale wszyscy wiedzą, że Mustaine był współautorem tej kompozycji. Zagrany bardzo podobnie, ale słychać dużo nowocześniejsze brzmienie.

Jeśli chodzi o brzmienie całej płyty, to jest ono dobre, ciężkie, klarowne. Nie ma tu udziwnień i wszystko jest na swoim miejscu. Nowy gitarzysta Teemu Mäntysaari spisuje się świetnie, nie mam mu nic do zarzucenia. Gra tak, jakby był w zespole od wielu lat. Płyta wydana starannie, w książeczce są teksty, zdjęcia i wyszczególnione, kto gra konkretną solówkę w utworze – to fajny pomysł, tak lubię.

Czas pokaże, czy rzeczywiście będzie to ostatnia płyta Megadeth, ale jeśli tak, to jest to godne pożegnanie. Zespół ma jeszcze grać koncerty przez parę lat. Miejmy nadzieję, że zdrowie na to pozwoli. Szanuję decyzję Mustaine’a i rozumiem go w 100%, bo lepiej zejść ze sceny niepokonanym, jak to mawiają. Gdy o tym myślę, to cały czas mam przed oczami obrazki z ostatniego koncertu Ozzy’ego - to były bardzo przygnębiające i smutne widoki. Póki co cieszmy się ostatnią płytą i koncertami. Dzięki Dave.