ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Tangent, The ─ Le Sacre Du Travail - An Electric Sinfonia In Five Movements w serwisie ArtRock.pl

Tangent, The — Le Sacre Du Travail - An Electric Sinfonia In Five Movements

 
wydawnictwo: InsideOut Music 2013
 
Le Sacre Du Travail - The Rite Of Work:
1. 1st Movement: Coming Up On The Hour (Overture) (5:55)
2. 2nd Movement: Morning Journey & Arrival (22:54)
3. 3rd Movement: Afternoon Malaise (19:20)
4. 4th Movement: A Voyage Through Rush Hour (3:07)
5. 5th Movement: Evening TV (12:06)

Bonus tracks:
6. Muffled Ephiphany (4:05)
7. Hat (Live at Mexborough School 1979) (1:16)
8. Evening TV (Radio Edit) (4:28)
 
Całkowity czas: 73:11
skład:
David Longdon - vocals
Andy Tillison - vocals, guitars, keyboards, bass, percussion, "all instruments" (4,6), co-producer
Jakko Jakkszyk - lead guitar, vocals
Theo Travis - saxes, flutes
Jonas Reingold - bass
Gavin Harrison - drums

With:
Rikard Sjöblom - narration (1)
Geoff Banks - spoken voice
Jon "Twang" Patrick - spoken voice
Guy Manning - acoustic guitar (5,8)
Unknown Artist - guitar (7)
Simon Albone - bass (7)
David Albone - drums (7)
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,0
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,3
Arcydzieło.
,11

Łącznie 14, ocena: Arcydzieło.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
13.09.2022
(Gość)

Tangent, The — Le Sacre Du Travail - An Electric Sinfonia In Five Movements

Symfoniczny rytuał pracy. Is there any more than this

?W 2013 roku The Tangent uraczył swoich fanów kolejnym wydawnictwem z premierowym materiałem – albumem Comm. Płytę przyjęto niezwykle ciepło, zarówno wśród fanów zespołu, jak i wśród recenzentów. Krążek ugruntował i tak już mocną pozycję grupy, okazał się bardzo pomysłowym połączeniem klasycznego rocka progresywnego, spod znaku Yes, z jego współczesnym nurtem, bliskim dokonaniom chociażby Transatlantic. Dodatkowo wydawało się, że skład, który pomógł Tillisonowi nagrać muzykę, okaże się wreszcie stabilny, nie tylko na jedną sesję nagraniową. Pozostawało jedynie otwarte pytanie, w którym kierunku artyści teraz podążą: czy będzie to wierność ukształtowanej stylistyce, czy może jednak wybór ścieżki bardziej otwartej na innowacje lub eksperymenty? Andy Tillison nieraz opowiadał w wywiadach o swoich refleksjach na temat progrocka, ukochanego przez siebie do przesady, jego miejsca we współczesnym świecie muzycznym i możliwości odświeżenia hermetycznej struktury. Zwracał przy tym uwagę na próby unowocześnienia stylu, niewychodzące jednak poza ramy gatunkowe, ściśle określone przed 50-laty, i przeciwstawiał temu rozwiązaniu podejście znacznie odważniejsze, a mianowicie – otwarte na gatunkowy eklektyzm, umiejętnie dawkowany i niestroniący bynajmniej od wpływów muzyki klasycznej. Niestety, wybór drogi musiał na czas jakiś odłożyć – skład posypał się jednak niczym domek z kart i Brytyjczyk znów z mozołem musiał budować wszystko od podstaw. Doświadczony już jednak przez los, i z tą bolączką uporał się koncertowo. Do nagrania nowego albumu zaprosił muzyków wybitnych: ze starej gwardii pozostali Jonas Reingold – na basie, Theo Travis – wierny Tillisonowi jak mało kto i jak zwykle czarujący na saksofonie i flecie, a nowi pojawili się za to Jakko M. Jakszyk – gitara prowadząca i główne partie wokalne, Gavin Harrison – oczywiście na perkusji oraz śp. David Longdon – udzielający się w harmonicznych partiach wokalnych (każdy z nich wniósł zauważalny wkład w ostateczną jakość dzieła, o czym będzie jeszcze mowa). To wszystko zatem – początkowe trudności personalne, a następnie pojawiająca się okazja do współpracy wybitnych osobowości – zaowocowało dziełem na wskroś wyjątkowym, przełomowym i trochę rewolucyjnym jak na dotychczasowe osiągnięcia zespołu, i to nie tylko w wymiarze muzycznym, lecz także tekstowym. Na albumie La sacre du travai, wydanym w 2015 roku, Andy Tillison zdecydowanie opowiada się za tym, aby podążać drugą ścieżką rozwoju z przywołanych wyżej.

The Tangent przenosi nas w inny świat: sprawia, że czujemy się, jakbyśmy siedzieli w sali koncertowej i słuchali klasycznej symfonii, a miejscami – rockopery. Sięga tym samym daleko do przeszłości i stamtąd czerpie inspiracje. Wszak sam pomysł, aby łączyć w tańcu elementy stricte klasyczne z rockową wirtuozerią, jest znany od dawien dawna: już w latach 60. kultowa grupa The Moody Blues próbowała – na klasycznej już płycie The Days of Future Passed (1967) – zmierzyć się z tym wyzwaniem przy udziale The London Festival Orchestra i także wpadła na pomysł muzyczno-tekstowego podzielenia dnia na kawałki. Andy nie kryje, że to właśnie tam szukał teraz natchnienia, chociaż wzorce trzeba także wskazać w Deep Purple i słynnym Concerto for Group And Orchestra (1970). Z opowieści artysty wynika, że możemy cofnąć się w czasie jeszcze bardziej, aby uchwycić kolejny obiekt jego muzycznych fascynacji: będzie nim twórczość Igora Strawińskiego, w tym słynny i kontrowersyjny balet Święto wiosny (The Rite of Spring) (1913), a może również Symfonia w trzech częściach (Symphony in Three Movements) (1946). Jednak błędnie zakładałby ten, kto sądziłby, że to piorunujące wrażenie prawdziwie symfonicznego brzmienia stworzono przy pomocy żywej orkiestry i charakterystycznego dla niej instrumentarium. Tym większe słowa uznania dla Tillisona, że tak sugestywnie potrafił przenieść nas do sali koncertowej jedynie za sprawą syntezatorów, saksofonu i fletu. Żadnych innych „prawdziwych” instrumentów kojarzonych z sekcjami orkiestrowymi na płycie nie ma. Wszystko to sample wygenerowane w znacznej mierze z oprogramowania software i hardware, bardzo naturalnie jednak przypominające brzmienie chociażby melotronu czy organów Hammonda, nawet bardziej unowocześnione i dokładne. Syntezatory odpowiadają w osiemdziesięciu procentach za symfoniczną przestrzeń, pozostałe dwadzieścia – to już zasługa Theo Travisa i jego fletu, saksofonu i klarnetu. Zresztą celem autora nie było stworzenie perfekcyjnej symulacji orkiestry symfonicznej, a jedynie wygenerowanie dźwięków ją naśladujących – stąd w podtytule albumu „Electric Sinfonia”.

An awful lot of people work to avoid bad things rather than work for good ones.

Czy dzieło tak monumentalne, z muzycznym rozmachem, ma do przekazania coś równie ważnego w warstwie lirycznej? Okazuje się, że tak rzeczywiście jest, i temu zagadnieniu warto pokłonić się wcześniej niż samej muzyce, zwłaszcza że to – zdaniem autora tekstów (jest nim oczywiście nie kto inny jak Andy Tillison) – pierwszy z prawdziwego zdarzenia concept album. La sacre tu travailRytuał pracy – to opowieść o każdym z nas. Już same tytuły i po części podtytuły poszczególnych utworów ułatwiają zrozumienie przesłania: Poranna podróż & przyjazd, Popołudniowa apatia, Droga przez godziny szczytu, Wieczorna telewizja. Motywem głównym przekazu jest opis dnia pracy statystycznego pracownika korporacyjnego. Śledzimy, wraz z wyśpiewywanym tekstem, jego poczynania, uwikłanie w codzienną powtarzalność, przemyślenia. Towarzyszymy mu od porannej pobudki i samochodowej podróży do pracy przez pobyt w biurze, w którym panują toksyczne relacje zarówno w tym wertykalnym, jak i w horyzontalnym wymiarze, po popołudniowy powrót do domu w godzinach szczytu z jedynym marzeniem, aby wreszcie nastawić czajnik na herbatę i włączyć telewizję z ulubionym programem rozrywkowym, niezmuszającym do głębszej refleksji. Ten schemat powtarza się regularnie kolejnego dnia i sprawia w dłuższej perspektywie że główni aktorzy tego spektaklu często zostają wyprani z pozytywnych emocji i zdolności do świadomego poznania własnej kondycji psychicznej. Sam rytuał, powtarzalność czy przewidywalność, które tym wydarzeniom towarzyszą, nie są z gruntu złe: nie trzeba ich wcale zmieniać na siłę, o ile tylko sami jesteśmy autentycznie odpowiedzialni za wybór takiej właśnie drogi życiowej. Co innego jednak (i to – jak sądzę – stara się nam przekazać autor tekstów), gdy daliśmy się wbrew sobie wpędzić w ten mantryczny wir. Utratę kontroli dojmująco przedstawia opis mentalnego uzależnienia od narracji tych, którym podlegamy – pracodawcom w kapitalistycznych przedsiębiorstwach. Z uporem godnym lepszej sprawy próbują oni w iście propagandowym stylu wpoić pracownikowi, że są strażnikami jego duszy: wiedzą lepiej, czego pragnie i oczekuje, co sprawi, że będzie szczęśliwszy i bardziej spełniony. Oczywiście, gwarantem tego sukcesu ma być bezwarunkowe oddanie ciężkiej pracy, ale i samej korporacji. Poddajemy się temu i zapominamy przy tym o drugiej stronie naszej natury i innych potrzebach, których zaspokojenie możemy zagwarantować sobie wyłącznie sami. Stajemy się mrówkami wypełniającymi mechanicznie swoje egzystencjalne obowiązki i puszczamy w niepamięć całą resztę, rozsianą z dala od korytarzy wyżłobionych przez nasz ślepy zapał, którymi z trudem podążamy każdego dnia. Mimowolnie stajemy się produktem, konsumentem, a dopiero na końcu – człowiekiem. Może trochę nadinterpretuję przesłanie płyty, ale teksty są na tyle otwarte, że do tego upoważniają. Wymęczeni i sfrustrowani po całym dniu, wracamy do domu z płonną nadzieją na dłuższą chwilę wytchnienia. Męczymy się za to jeszcze bardziej, gdy powrót dłuży się z powodu zatłoczonych ulic, estakad i tuneli, trafnie porównywanych znów do mrówczych korytarzy. Jedyne, na co mamy siłę w ostatnich godzinach przed zmrokiem, to tania rozrywka, przy której już nikt nie wymaga od nas wysiłku. Możemy się na trochę wyłączyć z tego kieratu, ale czy na pewno jesteśmy wtedy szczęśliwi? Czy na pewno jesteśmy wtedy sobą? Czy w ogóle – pyta Tillison – mamy na to czas i chęć, aby być naprawdę sobą? Czy potrafimy dostrzec zagrożenie? Dad? Do we see the same thing?.... When it`s green?

Is this who I am?

Znój i marazm umęczonego człowieka pracującego zilustrowano też przekonująco samą muzyką. Przyjrzyjmy się zatem z bliska poszczególnym utworom.

Coming Up On The Hour (Overture) to melanż orkiestry z gitarą i fletem, wyłaniający się raptownie z ciszy i symbolizujący niepożądany dźwięk budzika, dzięki czemu obrazowo sygnalizuje nadchodzący dzień. Towarzyszy mu recytacja Rikarda Sjöbloma, która wprowadza słuchacza w tematykę dzieła.

Morning Journey & Arrival to, obok następującego po nim Afternoon Malaise, monumentalna, ponaddwudziestominutowa suita, najbardziej reprezentatywna brzmieniowo dla całego albumu. Delikatne początki klawiszowo-fletowe zwiastują przepych aranżacyjny, a elementy pozamuzyczne, jak odgłos padającego deszczu o poranku, wraz z patetycznym wokalem przy akompaniamencie pianina, uzupełniają ten symfoniczny wstęp. Większość utworu, mimo że pojawiają się w nim fragmenty dynamiczniejsze o bardziej rockowym zabarwieniu, płynie wolno i dostojnie. W zdecydowanie mniejszym stopniu odczuwa się tu energię i żywiołowość tak charakterystyczne przecież dla zespołu na poprzednich płytach. Dominują za to pierwiastki klasyczne, czasem jakby żywcem wyjęte z koncertów fortepianowych z XIX stulecia, w mistrzowski sposób wykreowane z bogatej palety syntezatorowych urządzeń. Orkiestrowe bogactwo nie opuszcza słuchacza do końca tego tematu. Efekt wzmacniają liczne harmonie wokalne, rozsiane tu i ówdzie, a istotną wartością dodaną jest fragment śpiewany przez Davida Longdona. Instrumentarium czysto rockowe także dostraja się do motywów przewodnich, przede wszystkim partie gitary – za sprawą Jakko M. Jakkszyka – są bardziej subtelne i wycyzelowane: stronią od gwałtownych i poszarpanych faktur czy zgiełku. Solówki są krótkie, ciągle coś się zmienia, wątki się przeplatają, liczne rozwiązania kompozycyjno-aranżacyjne powracają. Przez ponad dwadzieścia minut strumienia dźwięków nic się nie dłuży, żadne części utworu, wyeksponowane śródtytułami, nie są posklejane na siłę i nie stanowią przez to elementu nadmiarowego i niepasującego do całości.

Afternoon Malaise to kolejna symfoniczna epopeja. Od samego początku robi się orkiestrowo, rzecz by można – nawet smyczkowo (wszystko to zapewne zasługa Theo Travisa i jego fletu, którym maluje on bogate muzyczne pejzaże). Niedługo potem otrzymujemy fragment do złudzenia przypominający ostatnią fazę przygotowawczą przed koncertem, w której orkiestra dostraja do siebie poszczególne instrumenty. I nagle zaczyna się galopada: muzyka plastycznie odzwierciedla gonitwę czy ucieczkę, a do uszu dobiega nawet dźwięk trąbki (może to taka transpozycja myśli bohatera historii, chcącego się wymknąć z niechcianego miejsca, ale nie będącego w stanie?). Podobnie jak w Morning Jorney & Arrival, także i tu wszystko błyskawicznie się zmienia i przeplata. O wszędobylskim flecie już pisałem, a w sukurs przychodzą mu także ciekawe konstelacje klawiszy, saksofonu i gitar, budujące ciekawe i wciąż ciepłe faktury. Temu zestawieniu zawdzięczamy też obecność wyczuwalnych wstawek smooth-jazzowych – bez których Andy Tillison nie byłby sobą właściwie od początku kariery zespołu – wprowadzających dla odmiany charakterystyczny dla tego podgatunku kawiarniany klimacik. Na dodatek w omawianym epiku również mamy wokalną niespodziankę – tym razem za mikrofon chwyta Jakszyk w części Steve Wright In The Afternoon, co niebywale odświeża cały utwór popową wręcz lekkością.

A Voyage Through Rush Hour – to króciutkie, zaledwie trzyminutowe, intermezzo przed zamknięciem podstawowego programu płyty, w całości zagrane wyłącznie przez Tillisona. W tych ograniczonych ramach czasowych udało się pomieścić repryzy elementów obecnych w dwóch poprzedzających tematach, którym to powtórzeniom akompaniują liryczne pianino i chórki Longdona.

Spośród wszystkich pozycji umieszczonych na płycie można o Evening TV powiedzieć przede wszystkim, że ta kompozycja różni się znacznie od swych „towarzyszy”. To utwór ukształtowany w najbardziej tradycyjnych ramach dotychczasowego dorobku The Tangent: jest zwarty, dynamiczny i energetyczny, całkowicie przy tym pozbawiony symfoniczno-orkiestrowych pierwiastków, za to z rozkrzyczanym wokalem, charakterystycznym dla Tillisona. Na dodatkową uwagę zasługują fragmenty śpiewane po francusku, co – wedle wyjaśnień kompozytora – miało być swoistym hołdem dla wspomnianego wcześniej utworu Strawińskiego, zatytułowanego w języku francuskim La sacre du printemps, a który to tytuł zainspirował samego Tillisona. W powiązaniu z przekazem słownym Wieczorną TV traktuję jako gwałtowne postawienie słuchacza na nogi, na wypadek gdyby zbyt mocno rozmarzył się on wszechobecnymi wcześniej subtelnościami. Taki sygnał, że z nastaniem wieczoru i nocy nic się nie zmieni – znów nadejdzie ranek, czego oznaką będzie wrzeszczący budzik zachęcający do powtórzenia rytuału dnia wczorajszego.

O wkładzie poszczególnych muzyków w zaaranżowanie i nagranie całego materiału była już poniekąd mowa. Warto jednak dokładniej zwrócić uwagę na ten aspekt, któremu głównodowodzący przedsięwzięciu zawdzięcza tak nietuzinkowy efekt końcowy. Jakko M. Jakszyk swoją pastelową gitarą i aksamitnym, subtelnym śpiewem przynosi powiew świeżości i jest wytchnieniem dla tych, którym barwa głosu Tillisona nie do końca odpowiada. Theo Travis – jako już w pełni etatowy członek zespołu – jawi się jako drugi podstawowy filar, na którym oparty jest sens istnienia grupy w takim kształcie. Jego umiejętność wykrzesania czarodziejskich nut z trzech osobliwych instrumentów wydatnie przyczynia się do zgrabnego połączenia sekcji orkiestrowych z rockowymi i jazzowymi. Dla perkusisty – Gavina Harrisona – odnalezienie się w gąszczu nie tylko rockowego środowiska było nie lada wyzwaniem, z którego doświadczony muzyk, dzięki swojej inwencji, wyszedł bez szwanku (wystarczy spojrzeć na śródtytuły w Afternoon Malaise, jak Bored Drummer czy Startled Drummer, aby uwierzyć, że swoje pięć minut na pewno miał, nawet w postaci solo na bębnach). Dość powiedzieć, że wraz z Jonasem Reingoldem – kolejnym artystą zadomowionym już w Tangencie na dobre – stworzył wyjątkowy duet, zwłaszcza że panowie grali ze sobą po raz pierwszy. No i wreszcie wspominany kilkakrotnie nieodżałowany David Longdon, którego głos dodał muzyce nowych harmonii i tekstury oraz stał się wyzwaniem w tej mierze dla Tillisona, a jednocześnie wzmocnieniem jego partii wokalnych. Pamiętać należy również o epizodzie Guya Manninga – gitara akustyczna w wykonaniu tego muzyka pojawia się mniej więcej w połowie Afternoon Malaise.

Płyta zawiera jeszcze trzy bonusowe nagrania. Poza radiową wersją fragmentu Evening TV otrzymujemy także utwór Muffled Epiphany – utrzymany w lekkiej, zwiewnej stylistyce jazzowej na podkładzie klawiszowym i melotronowym, oraz koncertowy Hat – niespełna dwuminutowy, o punkowych inklinacjach, zagrany na żywo w 1979 roku, a wciągnięty na płytę za sprawą tekstu, również traktującego o chodzeniu do pracy, widzianym oczami bardzo młodego Tillisona.

Nagranie tak trudnej i wymagającej muzyki, inteligentnie powiązanej z liryką, było z pewnością ryzykowne z komercyjnego punktu widzenia. Sam Tillison zdawał sobie z tego sprawę: przyznał we wkładce do płyty, że taka decyzja była świadoma oraz że nie jest dla niego istotny duży sukces ekonomiczny osiągnięty za cenę kompromisów artystycznych, sprzecznych z jego muzycznymi pasjami. Artysta bardziej znany i rozpoznawalny, otoczony opieką gigantycznej wytwórni płytowej, nie musi być w rezultacie lepszy czy wartościowszy, mimo że w powszechnym odczuciu wielu „entuzjastów i znawców” sztuki tak właśnie jest. Czy ta niezłomność się opłaciła? Kto zatem wygrał w walce Dawida z Goliatem na arenie ekonomii i artyzmu? Zarówno dla zagorzałych wielbicieli twórczości Tillisona, jak i dla osób wciąż poszukujących muzyki przełamującej bariery – odpowiedzi na te pytania wydają się oczywiste.

Jeśli ktoś uważnie śledzi losy The Tangent, począwszy od debiutanckiego krążka The Music That Died Alone, musiał zapewne zauważyć, że album Le sacre du Travail (An Electric Sinfonia by Andy Tillison) okazał się punktem kulminacyjnym w twórczości grupy. Płyta stanowi niewątpliwie apogeum w złożoności konstrukcyjnej, eklektyzmie gatunkowym (obok wyakcentowanych wyżej elementów symfonicznych, klasycznych, rockowych, jazzowych wspomnieć można jeszcze o domieszkach psychodelicznych czy nawet funkowych przy zachowaniu jednocześnie pięknych i wyrazistych melodii), jest ponadto owocem tytanicznej pracy kompozytorskiej i kompozycyjnej. Tak złożone i monumentalne dzieło musiało zapewne prowokować fanów do pytań o dalszą ścieżkę rozwoju Tillisona i spółki. Poprzeczkę, zwłaszcza stylistyczną, nie tylko zawieszono bardzo wysoko, lecz także wyznaczono nią granice własnej powtarzalności, trudne być może do sforsowania. Kolejne premierowe wydawnictwa studyjne udowodnią jednak, z małymi wyjątkami, że kreatywność i wyobraźnia Andy`ego sprostały i temu wyzwaniu.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2022 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.