Kiedyś płyta z indonezyjskim fusion byłaby czymś hohoho egzotycznym, ale już nie jest, bo amerykańskie MoonJune wydaje artystów podobnego sortu ze wszystkich stron świata i żadnego klucza geograficznego w tym nie ma. Tylko artystyczny. Mógł być Tohpati, to mogą być też jego krajanie z kwartetu o takiej nieco przydługiej nazwie. Nie wiem tylko, czy bardziej egzotyczny jest indonezyjski zespół jazz-rockowy na łamach Artrocka, czy ja recenzujący taką muzykę – również na łamach Artrocka. To i to nie zdarzało się do tej pory zbyt często.
Zawsze wszem i wobec głoszę, że jestem zwierzęciem rockowym i muzyka rockowa najróżniejszego sortu stanowi zdecydowana większość mojej muzycznej strawy duchowej. Wyjątkiem jest poniedziałek po dwudziestej trzeciej i „Trzy Kwadranse Jazzu”, bo to, co puszcza Ptaszyn Wróblewski zwykle bardzo mi pasuje. A drugim wyjątkiem jest, kiedy Naczelny mi coś wepchnie do zrecenzowania.
Szczerze mówiąc akurat tego albumu nie musiał mi specjalnie wciskać. Muzyka Tohpatiego i jego zespołu, o której pisałem już kilka lat temu była na tyle interesująca, że byłem autentycznie ciekawy jak sobie radzą inni tacy wykonawcy z Indonezji. A ciekawość to pierwszy stopień do piekła. No nie, nie mogę powiedzieć, że muzyka I Know You Well Miss Clara ma w sobie coś piekielnego, ale normalnie się wkopałem. Jednak nie dlatego, że jest to zła płyta, o nie. Ale dlatego, że jest to dużo bardziej jazzowe, niż się spodziewałem. Zmylił mnie rockowy image zespołu – czterech długowłosych młodzieńców w jeansach i T-shirtach – takiej też muzyki się spodziewałem, oczywiście biorąc poprawkę na linię programową MoonJune, które preferuje wykonawców, którzy gdzieś się tam o jazz mniej lub bardziej zaczepiają. I Know You Well Miss Clara zaczepiają się bardzo, a nawet jeszcze bardziej, bo „Chapter One” jest właściwie albumem jazzowym. Raczej czymś takim się nie zajmuję, ale zwrotów nie ma („Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”). Poza tym spodobało mi się.
Jest to muzyka trudna w odbiorze, przynajmniej dla mnie. Bardziej osłuchanym w czymś pewnie byłoby łatwiej, ale dla mnie, sporadycznie słuchającemu jazzu, było to swego rodzaju wyzwanie. Co gorsza (dla mnie), początek jest najbardziej nieatrakcyjny (dla mnie), jak tylko może być – „Open The Door, See The Ground”, to z okolic bardzo bliskich free, czyli rejonów w które w ogóle się nie zapuszczam. Rockowe momenty może nie tyle się zdarzają (chociaż zdarzają – druga część „Pop Sick Love Carousel”), to raczej czasami jest to zagrane z takim rockowym zacięciem, ktoś mocniej walnie w te gary, ostrzej gitarę potraktuje. Jest to mnie więcej tak rockowe jak Soft Machine na swojej trzeciej płycie.
Tym razem nie będzie gwiazdek, bo nie do końca czuję się kompetentny, aby oceniać taką muzykę. W każdy razie mnie się to podoba, a na progarchivach ma rating ponad cztery i to przy całkiem sporej liczbie ocen.