ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 29.01 - Warszawa
- 06.02 - Gliwice
- 12.02 - Wrocław
- 12.02 - Łódź
- 17.02 - Warszawa
- 19.02 - Warszawa
- 20.02 - Kraków
- 22.02 - Kraków
- 03.03 - Gliwice
- 11.03 - Wrocław
- 11.03 - Warszawa,
- 12.03 - Kraków,
- 11.03 - Warszawa
- 17.03 - Kraków
- 23.03 - Warszawa
- 27.03 - Gdańsk
 

koncerty

07.12.2022

ELUVEITIE, AMORPHIS, DARK TRANQUILLITY, NAILED TO OBSCURITY, Warszawa, Progresja, 05.12.2022

ELUVEITIE, AMORPHIS, DARK TRANQUILLITY, NAILED TO OBSCURITY, Warszawa, Progresja, 05.12.2022

Nie ukrywam, że głównym magnesem poniedziałkowego, iście międzynarodowego wieczoru w warszawskiej Progresji była dla mnie formacja Amorphis. Finowie nie zawiedli, niemniej to gwiazda wieczoru, szwajcarska grupa Eluveitie, skradła moje serce…

Niestety, na rozpoczynający się o 18 występ Nailed to Obscurity dość mocno się spóźniłem, bo choć dotarłem pod klub na czas, to jednak znalezienie miejsca na parkingu i zaliczenie ponad stumetrowej kolejki do wejścia zrobiły swoje. Ale też pokazały ogromne zainteresowanie wydarzeniem, bo warszawski klub wypełnił się tego wieczoru bardzo szczelnie. Niemców w każdym razie obejrzałem i wysłuchałem w dwóch ostatnich kompozycjach (jedną z nich było chyba Desolate Ruin), w których dali się poznać jako formacja stawiająca na death metalowe klimaty, nie forsująca jednak szaleńczych temp, raczej te dość stonowane, do tego z doomowym posmakiem. I to była dobra, aczkolwiek krótka rozgrzewka przed Szwedami z Dark Tranquillity. To już prawdziwi klasycy melodyjnego death metalu z ponad trzydziestoletnim stażem i dwunastoma albumami na koncie. I widać było, że wielu z zebranych przyszło specjalnie dla nich. Zaczęli od Identical to None z ostatniego jak do tej pory ich albumu, wydanego w 2020 roku Moment (z którego jeszcze poleciały Phantom Days i The Dark Unbroken), zakończyli zaś Misery's Crown z Fiction. I choć na ich występie zrobiło się jeszcze bardziej ekstremalnie, to pamiętajmy, że panowie potrafią też zagrać niezwykle atmosferycznie, czego dowód dali choćby w What Only You Know, czy we wspomnianym The Dark Unbroken. Dali z pewnością bardzo udany, trwający ponad trzy kwadranse set, za który pożegnały ich gorące brawa.

Po nich i dwudziestominutowej przerwie przyszedł czas na pierwszego headlinera. I tu dość istotna uwaga. Pierwsze dwa koncerty obserwowałem niemalże z końca sali - ulokowany na wprost sceny - i na brzmienie za bardzo nie mogłem narzekać. Było mocarnie, z solidnie wyeksponowanymi gitarami jak przystało na death metalowe mięcho. Ze względu na moją niezwykłą sympatię do Amorphis udało mi się przed ich występem zająć miejsce w centralnym punkcie, niemalże tuż pod sceną (mosh miałem każdym razie za plecami!). I jakież było moje zaskoczenie, gdy po pierwszych dźwiękach Finów… zaczęło mi brakować mocy i brzmieniowej potęgi. Szczególnie gitar, które tylko lekko muskały moje uszy. Nie jestem jakimś dźwiękowym purystą i nie lubię w relacjach wymądrzać się nad koncertowym brzmieniem, niemniej kawał swojego koncertowo-dziennikarskiego życia spędziłem w fosie i rzadko zdarzało mi się tam być niedopieszczonym ciężarem i mocą. Stąd po kilku numerach ewakuowałem się do pierwotnego miejsca, gdzie było już lepiej. Na szczęście sam koncert robił wrażenie i miał świetny dobór kompozycji. Muzycy promowali przede wszystkim swój ostatni album Halo i z niego wybrzmiały cztery utwory: Northwards i On the Dark Waters na początek występu, a potem jeszcze nośny singlowy The Moon i Seven Roads Come Together. No a były też rzeczy z bardzo lubianych przeze mnie, nieco wcześniejszych albumów, Queen of Time i Under the Red Cloud. Nie zabrakło też powrotu do klasycznego Tales from the Thousand Lakes (Into Hiding, Black Winter Day). Przefajnie było posłuchać, jak muzycy zgrabnie łączą growl i gitarowe riffy z niezwykłą melodyką i nośnością. To między innymi efekt pracy filarów formacji, grającego bardzo melodyjnie, Esy Holopainena i charyzmatycznego wokalisty, Tomiego Joutsena, kapitalnie radzącego sobie zarówno w growlach, jak i czystych partiach wokalnych.

Wieczór zakończyła szwajcarska formacja Eluveitie. Nie jestem jakimś wielkim fanem folk metalu i kompletnie nie miałem „napinki” przed ich występem. A jednak to oni „rozwalili system” tego wieczoru. Przyznam otwarcie, że rozmach i bogactwo aranżacyjne z jakim prezentują swoje dźwięki zapierają dech w piersiach. No bo na czym oni tam nie grają?! Oprócz standardowego, rockowego instrumentarium mamy między innymi lirę korbową, dudy, harfę, skrzypce, flety, piszczałki, mandolę i pewnie coś tam jeszcze. A co najważniejsze, przy pełnych gitarowych riffów kompozycjach, wcale to wszystko nie niknie. Już pomijam fakt, że na scenie ogarnia to dziewięcioro muzyków na czele z Chrigelem Glanzmannem, trudno jednak nie pozachwycać się zjawiskowymi paniami, wokalistką Fabienne Erni czy grającą z ogromnym wdziękiem ale i rockowym zadziorem na lirze korbowej, Annie Riediger. Zagrali dość przekrojowy set, choć dominowały nagrania z ostatniego ich albumu, wydanego w 2019 roku Ategnatos. Mnie rozwalili ultra przebojowym The Call of the Mountains, który zakończył podstawowy set. Potem jeszcze artyści odpalili trzy bisy i kwadrans przed 23 pożegnali się z publicznością.

 

 

Zdjęcia:

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2023 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.