ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 28.11 - Wrocław
- 30.11 - Warszawa
- 01.12 - Wrocław
- 02.12 - Sosnowiec
- 03.12 - Kraków
- 08.12 - Gdańsk
- 09.12 - Elbląg
- 02.12 - Kraków
- 03.12 - Warszawa
- 03.12 - Kraków
- 03.12 - Leszno
- 05.12 - Warszawa
- 05.12 - Gliwice
- 06.12 - Kraków
- 09.12 - Kraków
- 10.12 - Kraków
- 10.12 - Kraków
- 11.12 - Kraków
- 14.12 - Gliwice
- 27.12 - Kraków
- 23.01 - Warszawa
- 24.01 - Warszawa
 

koncerty

03.11.2022

PORCUPINE TREE, Katowice, Spodek, 30.10.2022

PORCUPINE TREE, Katowice, Spodek, 30.10.2022

Jeden z koncertów roku za nami. No przynajmniej z tych koncertów z przedrostkiem „prog”. W minioną niedzielę, w katowickim Spodku, zagrała brytyjska formacja Porcupine Tree, w której powrót można było już w pewnym momencie zwątpić…

A jednak! Steven Wilson, który 12 lat temu, po wydaniu The Incident, postanowił poświęcić się karierze solowej ale i producenckiej, zmienił zdanie. Grupa powróciła z bardzo udanym albumem Closure/Continuation i podbiła go promocyjną trasą, której jeden z koncertów zawitał do Polski. Minusem było oczywiście to, że formacja reaktywowała się w niepełnym składzie, zabrakło jakże charakterystycznego basisty grupy, Colina Edwina. Aktualne trio uzupełniali zatem podczas występu dwaj koncertowi muzycy: basista Nate Navarro i bardziej znany, choćby ze współpracy z wieloma cenionymi progresywnymi muzykami (do tego z polskimi korzeniami, o czym wspomniał Wilson), Randy McStine.

Wielkie wydarzenia mają to do siebie, że wzbudzają często mnóstwo emocji i kontrowersji, dzieląc fanów w pokoncertowych wrażeniach, co tylko świadczy o tym, że było to faktycznie coś godnego uwagi. Nie inaczej było i tym razem. Różne opinie wzbudziło brzmienie koncertu, zwykle krytykowane, choć często zależało ono od miejsca odbioru występu. Miałem okazję przebywać na trybunach i to w kilku miejscach. W istocie, nie było to mistrzostwo świata, szczególnie po uderzeniu pierwszych riffów Blackest Eyes czuć było, że jest za głośno i nieselektywnie. Później jednak, z każdym kolejnym utworem, robiło się lepiej i drugą część koncertu uważam wręcz za przyjemną w odbiorze. Wiem, że Gavin Harisson ze swoimi bębnami był „schowany” (a szkoda) a Wilson mocno „wysunięty” na front, niemniej nie uważam, że nagłośnienie było absolutnie nieakceptowalne. Nie chcę wszak robić zarzutu tym, którzy wieszają na nim psy, wszak odbiór koncertu, to zwykle bardzo indywidualna sprawa. Nie wszystkim przypadł też do gustu przekazany przed koncertem na scenicznym telebimie zakaz używania telefonów i rejestracji występu. I nie wszyscy się do niego stosowali, jednak faktycznie znikome ilości telefonów nad głowami publiczności pozwoliły w większym skupieniu oglądać występ. Koncert, którego niewątpliwą gwiazdą był Steven Wilson, w tym pozytywnym ale i nieco… uszczypliwym słowa znaczeniu (i nie chodzi li tylko o zakaz używania wspomnianych smartfonów), wszak w istocie ze sceny nieco pogwiazdorzył, co troszkę stworzyło obraz artysty noszącego głowę nieco w chmurach.

Cóż, takie jego prawo, a bronić go i mówić za niego ma muzyka, którą tworzy i którą prezentuje na scenie. I tu było naprawdę z klasą. Zacznę od tego, że bardzo lubię ostatnią Jeżozwierzową płytę i ucieszyło mnie zagranie aż siedmiu utworów z Closure/Continuation (Chimera's Wreck, Dignity, Harridan, Herd Culling, Of the New Day, Rats Return, Walk the Plank), które zachęciły mnie po koncercie do odtworzenia albumu po raz kolejny i pozwoliły nań spojrzeć nieco inaczej. Wiem, że piszę tę uwagę z perspektywy słuchacza, który widział ich bodajże pięciokrotnie i rozumiem tych, którzy nie załapali się na ich „chwile chwały” kilkanaście lat temu i oczekiwali w niedzielę swoistego powrotu z the best of… Równie mocno reprezentowana była In Absentia ze wspomnianym, odegranym na inaugurację, Blackest Eyes, z pięknym i ascetycznie wykonanym (tylko Wilson i Barbieri) Collapse the Light Into Earth, Drown With Me, nośnym The Sound of Muzak (uwielbiam jak gra go Harrison, oglądałem jego wykonanie na klinice perkusisty, szkoda jednak, że tu faktycznie było go mniej) i największy przebój Porcupine Tree (jak określił go Wilson), Trains, który wybrzmiał na absolutny koniec tego trzygodzinnego występu… z 23 minutową wszak przerwą. Inne najfajniejsze momenty? Buying New Soul, bardzo dobre wykonanie Anesthetize i śliczne I Drive the Hearse, które nagle mi przypomniało, że „już niebawem bisy i koniec, a jest tak błogo”.

Wiem, zabrakło paru nośnych killerów, typu Shesmovedon czy Lazarus, jednak najbardziej mi szkoda braku Sentimental, którego na tej trasie grają, tylko jakoś w kratkę i… Katowice miały pecha. Cóż, to z pewnością jeden z tych wartych zapamiętania tegorocznych koncertów, tym bardziej, że miał i ładną oprawę świetlną, interesujące wizualizacje w tle a i wypełniająca Spodek publiczność robiła wrażenie.   

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2022 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.