New Timeline to następca wydanego w 2024 roku i recenzowanego u nas albumu Time Is Coming. Projekt GuitAr Zet, któremu przewodzi gitarzysta Arkadiusz Zuzmak (stąd w nazwie to „Ar Zet”) a są w nim jeszcze basista Wojciech Famielec (Disperse) i perkusista Paweł Zwirn (Arlon), po raz kolejny zaproponował płytę z czasem w tytule.
Ale to nie jedyny motyw, czy schemat działania, który pokazuje pewną ciągłość pomysłu na ten projekt. Bo po raz kolejny otrzymujemy instrumentalne granie łączące progresywny metal, prog rock, hard rock, hard’n’heavy, czy blues rock z grającą pierwsze skrzypce gitarą w stylu Steve’a Vaia, czy Johna Petrucciego. I to nie wszystko, gdyż i tym razem panowie sięgnęli po gości i to po raz kolejny nie byle jakich. Na Time is Coming w czterech kompozycjach pojawił się sam Derek Sherinian, a za produkcję całości odpowiadał Simone Mularoni z DGM. Tym razem Włoch powraca nie tylko w roli producenta (odpowiadając ponadto za miks i mastering w swoim Domination Studio - faktycznie płyta dobrze brzmi!), ale też gitarzysty, bo jego partie można usłyszeć w Metal Gate.
Prawdziwym hitem jest jednak gościnny udział samego Raya Aldera, legendarnego głosu Fates Warning (ale też znakomitego Redemption), jednego z najlepszych wokalistów progmetalowego świata. I ten udział jest wcale niemały, bo artystę można usłyszeć w aż trzech utworach, co dla GuitAr Zet, jako formalnie zespołu instrumentalnego, też jest dość znaczącą odmianą, wszak – cóż by nie napisać – 30 procent kompozycji ma partie wokalne.
I jego bardzo charakterystyczna barwa oraz styl naprawdę kierują takie numery jak tytułowy New Timeline i The Long Walk w stronę muzyki jednego z pionierów progresywnego metalu. Naprawdę uważam, że dla prawdziwego fana Fates Warning New Timeline jest albumem, który obowiązkowo powinien postawić na swojej półce. A warto dodać, że Alder wykonuje jeszcze tu przepiękną balladę Fireflies For Satellites, która nie tylko daje nieco oddechu gdzieś w środku płyty, ale brzmi po prostu jak „klasyczna rockowa pościelówa”.
No dobrze, ale nie samym Alderem żyje ta płyta. Bo już otwierającym, trzyminutowym Alone, pełnym energii, karkołomnych partii gitary i intensywnie grającej sekcji rytmicznej, panowie Zuzmak, Famielec i Zwirn przedstawiają się zacnie i mówią „co będzie grane”. Ale spokojnie, bo choć faktycznie utwory są pełne zmian tempa i wątków, uderzających prawdziwą féerią gitarowych barw, to sporo w nich zwolnień i miejsca na dobrą melodię (Blue Tone z fajną solową figurą basową), pewną pogodną skoczność (Fortunate), czy ujmujące pianino w zamykającym całość nostalgicznym Infinity.