Kojarzony z szeroko rozumianą muzyką progresywną nasz rodzimy wydawniczy tandem Oskar Records i Independent Music Market lubi nierzadko zahaczać o etniczne, folkowe, czy wręcz słowiańskie rewiry muzyczne. Wystarczy przywołać recenzowaną na naszych łamach Łysą Górę i jej znakomity album W ogniu świat. A piszę o tym nieprzypadkowo, bo jeżeli podoba się Państwu zgrabna symbioza rockowego świata z folkowymi brzmieniami, Przesilenie wydaje się być idealnym muzycznym adresem. Ale po kolei.

Bo to debiutancki album pochodzącej z Poznania formacji, której lideruje Agata Szpalik, główna twórczyni zespołu, wokalistka, autorka muzyki i tekstów oraz konceptu całego przedsięwzięcia. Zacznijmy od niego, wszak sam tytuł albumu oraz grafika zdobiąca okładkę mówią już wiele. Widoczny na niej kołowrót słowiański, zwany też swarzycą czy swargą, to dawny symbol solarny przedstawiający ruch słońca po niebie oraz cykl życia od narodzin, poprzez życie, śmierć i odrodzenie. Sam zespół zaś mówi o Kołowrocie, że to opowieść o nieustannym cyklu natury, przenikaniu się przeszłości i teraźniejszości oraz o dialogu między tradycją a współczesnością, ukazującym ich podobieństwa i napięcia.

Na Kołowrocie znajdziemy utwory ludowe we własnych aranżacjach formacji i oryginalne kompozycje, choć nie zostało to opisane w samej książeczce wydawnictwa. Czas na muzykę. Podoba mi się ta płyta, bo w bardzo umiejętny i wyważony sposób łączy tę folkowość z ciężarem metalowych gitar, ubranych w soczyste riffy. Uderzająca od pierwszych dźwięków słowiańskość przynosi przede wszystkim piękną melodykę, fajnie podkreślaną wokalnymi interpretacjami Agaty Szpalik. No i jest progresywna forma, która spina to wszystko w kilku kompozycjach. Zresztą, wystarczy posłuchać otwierających całość dwóch niedługich, a jednak wielowątkowych utworów, ze zmianami tempa, nastroju, „słowiańskimi” harmoniami wokalnymi, solową gitarową tyradą a nawet krótkim gitarowym unisono (Hej, dziewczyno!) albo wreszcie patetycznymi, wręcz symfonicznymi formami chóralno-gitarowymi zamykającymi utwór (Wieją wiatry - podobny finał znajdujemy też w Oj chmielu). Wrażenie robi także utrzymana w tej konwencji Sowa, w której refrenowe „tu dzień, dzień, tu noc, noc, tu bida, tu hoc, hoc” początkowo ma dość ascetyczny wyraz a później zyskuje gitarowej mocy i wzniosłości.

Ale nie tylko takimi brzmieniami żyje Kołowrót. Bo w Uśnijże mi, uśnij w typowo metalowe riffy wpleciono jazzowe figury pianina a już kompozycje Zakukała i Zaświeć niesiądzu (ładna solówka) przenoszą nas praktycznie w całości w bardziej subtelne, niekiedy oniryczne rewiry. Szczególnie Zakukała jest taki smooth jazzowy a gitarowy popis przywołuje delikatnie… Ala di Meolę.

Bardzo interesujący debiut, nie tylko dla fanów folku, rocka, czy jazzu, ale generalnie dla tych, którzy szukają niebanalnych spotkań w muzyce.