Era mediów społecznościowych i YouTube i jego rozmaitych mutacji ma to do siebie, że teraz każdy tworzący właściwie cokolwiek może bez problemu udostępnić swoją twórczość całemu światu. Co dla potencjalnego odbiorcy jest tyleż dobre, co i kłopotliwe – ciężko wyłapać w zalewie przecietnych dzieł prawdziwe perełki i talenty. Co nie znaczy, że się nie da – to właśnie dzięki socjalom miałem okazję natrafić na Aleksandrę Kryńską, a wcześniej na Ellen Alaverdyan.

Rocznik 2012. Amerykanka ormiańskiego pochodzenia, z rodziny o muzycznych tradycjach – ojciec Hovak jest gitarzystą, ciotka Anushik znaną wokalistką w Azerbejdżanie. Kilkuletnia Ellen zakochała się w brzmieniu gitary basowej – i szybko okazało się, że ma talent sporego kalibru. Najpierw była trochę ciekawostką (pojawiała się w ichniejszej tzw. telewizji śniadaniowej), ale z czasem przestała nią być – pojawiała się na scenie u boku Steve’a Vaia czy Tony’ego Levina, a Victor Wooten – zresztą bliski przyjaciel rodziny Alaverdyanów – stał się dla niej swoistym mentorem. Kolejnym etapem było nagranie pełnowymiarowego albumu – i to autorskiego (Ellen komponowała linie basowe, partie solowe i melodie, które potem ojciec wraz z klawiszowcem Murzo oprawiał w treść i rozwijał). I tak oto możemy się cieszyć debiutem Ellen Alaverdyan – nagranym pod szyldem Jaminai (nawiązanie do formacji Jamming Eye, a także do znaku zodiaku Ellen).

 Jeśli ktoś lubi brzmienia gitary basowej, to ta płyta jest dla niego – każdy utwór jest zbudowany na ciekawej linii basu, nie brakuje też zwięzłych solówek tegoż instrumentu. Tytułowy utwór przeplata ze sobą rockowy gitarowy riff i spokojniejszą melodię, gdzie w kolejnych powtórzeniach solowe okienka dostają wszyscy (poza perkusistą) instrumentaliści – jest też fajne, melodyjne solo gitary basowej – a całość jest przyprawiona jeszcze wokalizami głównej autorki. „Ellen’s Groove” to funkujący kawałek, niesiony solidną basową linią, do tego smaczki w rodzaju hammondowych brzmień klawiszy. „Whispers Of Starlight” z kolei to przyjemny pop-jazz, z ładnymi solami trąbki, klawiszowymi dodatkami i należycie wyeksponowaną Ellen, grającą trochę w stylu Marcusa Millera, w pewnym momencie zgrabnie doprawiony bardziej rockową gitarą. „13 Town” – nawiązanie do jednego z wielkich idoli Ellen, Jaco Pastoriusa i jego „Teen Town” – to przede wszystkim solo bezprogowej gitary basowej, całkiem melodyjne, efektowne technicznie, tu i tam uzupełniane a to krótką partią gitary, a to solem syntezatora. Stylowo wypada przeróbka „Birdland”, chociaż te wokalizy w pewnym momencie sprawiają wrażenie dodanych trochę na siłę. Ale partia basu – zagrana inaczej niż w oryginale przez Jaco, slapem – naprawdę pyszna. Stylowo wypada funkowo-soulowe „My Life”. Po drobiażdżku „Don’t Stop The Music” – w którym dziewczęcy głos Ellen brzmi bardzo ciepło i uroczo, szkoda że nie ma go więcej – w „Always With You” bardzo przyjemnie sobie rozmawiają grająca główną rolę gitara basowa i „dogadująca” jej gitara elektryczna. Miniaturka „Amran Gisher” – tradycyjna pieśń ludowa z Azerbejdżanu to duet z ciotką – Ellen gra na gitarze basowej, pani Alaverdyan śpiewa po ormiańsku. Ładnie śpiewa. A na finał w „Summer Jam” mamy porcję instrumentalnego szaleństwa – przyjemnie rozbujaną, z saksofonowymi wstawkami i gitarą nieco w klimacie spokojniejszych utworów Satrianiego.

Jak to często bywa w przypadku debiutanckich dzieł, płyta jest trochę rozkojarzona stylistycznie – co jest naturalne, bo to ten moment, gdy artysta próbuje się dookreślić, co właściwie chciałby tworzyć. Na pewno widać, że mamy do czynienia z talentem bardzo dużego kalibru (nie tylko muzycznie – autoportret na okładce też namalowała Ellen). Ja czekam na kolejne płyty (i może kiedyś okazję do zobaczenia Ellen na żywo po tej stronie Atlantyku…). Na razie mamy 40 minut efektownej technicznie muzyki, umiejętnie łączącej techniczne popisy z dobrymi, ciekawie skomponowanymi melodiami i przemyślanymi aranżacjami, a do tego – dość jeszcze niedojrzałej. Co absolutnie nie jest zarzutem – zaskakujące byłoby mówienie o dojrzałości w przypadku debiutanckiej płyty skomponowanej i wykonanej przez 13-latkę, a ta pewna niedojrzałość, niewinność, szukanie swojej tożsamości, dookreślanie się muzycznie w bardzo dużej mierze decyduje o wielkim uroku tej płyty. Bo gdybym miał opisać tą płytę jednym słowem, byłoby to: urocza. „Take Off” portretuje Ellen Alaverdyan dojrzewającą, rozwijającą się, a jej twórczość – uchwyconą w momencie, gdy nabiera kształtów i formy. Zobaczymy, co przyniosą kolejne albumy.