Po czterech latach z drugim materiałem powraca formacja White Molya, czyli duet Michał Szmidt i Konrad Szustakiewicz, którzy wraz z zaproszonymi gośćmi (ponownie są nimi klawiszowiec Paweł Marciniak, grający na trąbce Szymon Żmudziński i perkusista Przemek Kuczyński) prezentują album Pop from Prog. Tym razem nie usłyszymy wokaliz Zuzanny Błaszczyk, mamy za to nowy instrument – saksofon, za który odpowiada Michał Kobojek.

Za tymi niuansami personalnymi idą dość spore zmiany muzyczne. Pisząc o debiutanckim krążku Moyla in Novum zwracałem uwagę na to, że słychać w ich graniu karmazynowe klimaty, nieco szorstkie gitarowe riffy, ale też i nutę eksperymentalności. A podsumowując dodawałem, że więcej nośnych i melodyjnych tematów oraz mniej powtarzalności w kolejnych numerach, nadałoby ich muzyce większej świeżości.

I ten drugi album idzie niejako pod prąd temu wszystkiemu, co powyżej. A do tego spełnia wyrażone sugestie. Bo choć w dalszym ciągu słychać delikatne echa Lebowskiego (o czym już pisałem w recenzji sprzed czterech lat) a obfite wykorzystanie trąbki i saksofonu wciąż nadaje tej muzyce istotnego, jazzowego posmaku, to jednak jest to płyta zdecydowanie lżejsza, mniej duszna, bardziej przestrzenna i faktycznie przez to świeższa! No i praktycznie każdy utwór ma bardzo ładny, a czasami wręcz urzekający, melodyczny temat.

Tym razem artyści postawili na mniej kompozycji i tylko 36 minut muzyki. I bardzo dobrze, bo płyta nie nuży. I mimo, że Szustakiewicz i Szmidt w dalszym ciągu osadzają swoje granie na progresywnym rocku a kompozycje mają wiele wątków, także utrzymanych w różnorodnych tempach, to jednak są to formy niezbyt długie (połowa numerów to 3-minutówki z niewielkim hakiem).

Dlatego słucha się tego wszystkiego bardzo zacnie już od pierwszego New Sound /Pogrzeb Mariachi z bardzo zgrabnymi, solowymi figurami trąbki i gitary. Zresztą, druga w zestawie Pink Molya ma z kolei świetny, saksofonowy popis położony na takim rozluźniającym całość rytmie. Choć to w większości album niespieszny i raczej stonowany, to ma energetyczne momenty, jak lekko odstający od całości, z początku „dęciakowy” Urodzinowy, z funkująco grającą gitarą basową, też utrzymany w pierwszej części w takich funkowych klimatach Wariat (bo potem mamy znów piękne solówki), czy wreszcie zamykający całość szybki, pogodny i wręcz gotowy do improwizacji Kid Rock.

Tak, to bardzo ładna i inteligentna płyta, na której artyści znaleźli złoty środek, którym połączyli nośność z artystycznym wyrazem. Zresztą, tytuł płyty do czegoś zobowiązuje :)