Z Grecja na Marsa. A potem do Watykanu.
Czyli cykl o Vangelisie.
Odcinek piąty.
„Poemat Symfoniczny” to jedna z najdziwniejszych płyt Vangelisa. To właściwie dźwiękowy kolaż złożony z muzyki, rozmów, odgłosów ulicy, odgłosów walk ulicznych – krzyki, nawoływania, dźwięki syren i tym podobne. A jej geneza jest bardzo prosta – poświęcono ją studenckim zadymom z wiosny 1968. Vangelis miał okazję przeżyć je na żywo, bo akurat wtedy Aphordite’s Child zaczęło podbijanie rynku muzycznego, a bazę wypadową miało właśnie w Paryżu. Tak, że temat był mu dobrze znany z autopsji. Sądząc po tytule, który można przetłumaczyć „Może Twoje sny/marzenia przetrwają dłużej niż noc” artysta był raczej po stronie studentów, niż sił porządkowych. Po pewnym namyśle przyznaję mu rację – ówczesny konserwatywno-mieszczański porządek społeczny z całą pewnością zasługiwał żeby kopnąć go solidnie w dupę. Nie jestem zwolennikiem uprawiania polityki na ulicy, ale czasami nie ma po prostu innego wyjścia. A ówczesne młodzieżowe protesty, które ogarnęły spory kawałek Europy Zachodniej, były jak najbardziej uzasadnione. Pokolenie ich rodziców, urodzone jeszcze w latach dwudziestych, naznaczone Wielkim Kryzysem i II Wojną Światową, próbowało wtłoczyć kolejną generację w te same, swoje, stare garniturki, a to się nie udało. Młodzi chcieli mieć swoje życie, swoje, kolorowe, nosić długie włosy, dziwne ciuchy i słuchać dziwnej muzyki i w ogóle gdzieś mieli mniej więcej wszystkie zasady wpajane im przez starych. Do tego chcieli zmieniać otaczający świat, który absolutnie im się nie podobał. I szczerze mówiąc on bardzo do podobania nie był – lata sześćdziesiąte to mimo wszystko były jeszcze dość obskuranckie czasy, nawet na zachodzie Europy, gdzie ludzie cieszyli się dużo większymi swobodami obywatelskimi niż u nas, po tej gorszej stronie Żelaznej Kurtyny – dyskryminacja kobiet, mniejszości, nie tylko seksualnych, właściwie wszędzie mniej lub bardziej formalny sojusz ołtarza z tronem (wypisz – wymaluj – współczesna Polska), mocne obostrzenia w sprawach obyczajowych – również prawne. Nic dziwnego, że kolejne pokolenie chciało to wszystko ustawić bardziej na swoja modłę. W takim układzie wiadomo było, że się raczej jedni z drugimi nie dogadają. Jasne, że trywializuję podłoże konfliktów społecznych z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale chyba jakieś szczegółowe omawianie tych zagadnień znacznie wyrasta poza rozmiar niniejszej recenzji – i objętościowo, i merytorycznie.
Nie powiem, że „Poematu Symfonicznego” słucha się szczególnie łatwo i przyjemnie. Muzyka się pojawia, niknie, rwie, tu słyszymy syreny wozów policyjnych albo strażackich, za chwilę jakiś uliczny grajek coś tam sobie brzdąka na gitarze i podśpiewuje, i tak przez trzydzieści minut. Bez pewnego back-groundu, czyli dlaczego, kiedy i co to w ogóle się działo w tym Paryżu na wiosnę 1968 roku, to nawet nie ma co do tej płyty siadać, bo nic się nie zrozumie. Będzie to chaotyczny zestaw dziwnie dobranych dźwięków. Szczerze mówią, nawet z back-groundem też się tego specjalnie dobrze nie słucha. Chociaż biorąc pod uwagę charakter dzieła, trzeba przyznać, że Vangelis całkiem udatnie oddał klimat tamtych wydarzeń.
Na pewno nie jest to dzieło, którym można się zasłuchiwać i wracać do niego zbyt często. To raczej ciekawostka. Ale dla fanów lektura obowiązkowa, bo idola w takiej wersji też znać trzeba.