W Trójce w okolicach Bożego Narodzenia dość często można usłyszeć Lemmy’ego z Motorhead, zachęcającego renifera Rudolfa do szybszego biegu. Ciekawe po co? Przecież i tak prezentu na Gwiazdkę nie dostanie. Za to co w życiu nabroił to ma już wieczysty abonament na rózgi. Zastanawiałem się co to za piosenka, skąd tu Lemmy. Wiedziałem oczywiście, że to nie Motorhead, tylko jego jakiś skok w bok. Myślałem, że solowy. Aż trochę ambitniej pogrzebałem, co to może być i wynalazłem tego świątecznego składaka. „Run Rodolph Run” to stareńki rock’n’roll nagrany w 1958 roku przez Chucka Berry’ego, a kilka lat temu odświeżony na potrzeby tutaj omawianego krążka. A jest to zbiór kilkanaście najczęściej bardzo wiekowych, świątecznych piosenek, nagranych przez dość specyficzne towarzystwo, które z Bożym Narodzeniem nie bardzo się kojarzy.
Organizatorem całej tej imprezy był Bob Kulick, starszy brat znanego gitarzysty Bruce’a, oprócz tego wzięty producent płytowy, obracający się głównie w kręgach hard’n’heavy. No to jakich ludzi znał takich do współpracy zaprosił. Czyli głównie metalowców. A że ci też zagrali jak umieli, to te wykonania w bardzo wielu przypadkach bardzo daleko odbiegają od oryginału. Chuck Billy z Testamentu śpiewający „Cichą noc” w wersji, do której można spokojnie zrobić headbanging jest tutaj przykładem skrajnie ekstremalnym, ale nie aż tak, jakby się mogło wydawać. „Santa Claus Is Coming to Town” (tutaj Santa Claws) zaśpiewane przez wujka Alice’a najbardziej pasuje na ścieżkę dźwiękową jakiegoś filmu o przygodach Freddie Kruegera, na Boże Narodzenie trochę mniej. Z cukierkowatej piosenki „Silver Bells” oryginalnie zaśpiewanej przez Binga Crosby’ego i Carol Richards, podgrupa z Geoffem Tate na wokalu, zrobiła heavy metal rock’n’rolla, z lekka punkniętego. Ale trzeba przyznać, że fajnie się tego słucha, dużo fajniej niż oryginału z 1950 roku. Jednak jak w przypadku takich płyt – nie wszystko wyszło aż tak ciekawie. Lemmy z Gibbonsem i Grohlem wydobyli z „Run Rudolph Run” to co najważniejsze – rock’n’rolla i to ich „korzenne” wykonanie to numer jeden tego składaka. Podgrupa Chucka Billy’ego zmasakrowała „Silent Night” skrajnie brutalnie, ale efekt jest naprawdę bardzo interesujący. Cooperowi wyszedł za to fajny pastisz. O „Silver Bells” pisałem już wcześniej, ciekawie wyszło „Little Drummer Boy”, tak z uczuciem zagrane, a „Santa Claus Is Back in Town” bardziej niż przyzwoicie. Reszta to tak różnie/niekoniecznie. Najbardziej niekoniecznie „Happy Xmas (World Is Over)” – jakoś mi nie pasuje do tego towarzystwa – zbyt poważne. Wykonanie „God Rest Ye Merry Gentlemen” jest zbyt głośne i też zbyt sieriozne, a przy wersji chóru King’s College z Cambridge po prostu nie istnieje. Co do „Rocking Around the Xmas Tree”, to Brenda Lee wykonuje to ze znacznie większą werwą. Pozostałe piosenki są raczej poprawne, ale niczym specjalnie nie zachwycają.
Omówiona składanka może być ciekawym pomysłem na alternatywną oprawę muzyczną wieczerzy wigilijnej. Szczególnie dla starszego pokolenia wersja „Cichej nocy” zaśpiewana przez Chucka Billy’ego będzie niezapomnianym przeżyciem.
Peace And Love And Rock’n’Roll!