To moje z drugie spotkanie z Mikko Heino. Poprzednie nie było udane, nie ma co nawet do niego co wracać. Ale teraz to już co innego. Tym razem występuje w roli wokalisty duetu Riverland. Nie wiem, czy ma być to coś bardziej trwałego, czy jednorazowy projekt, na razie, wiosną tego roku, wydali mini-longplay z siedmioma utworami.
Jeżeli ktoś chciałby zasugerować się tytułem i okładką i w ten sposób próbować domyślić się co będzie w środku, to się nie pomyli. To stonowana i spokojna muzyka, która mi akurat najbardziej kojarzy się z wczesnym Airbag i co spokojniejszymi fragmentami z pierwszych dwóch płyt Blackfield, może też i z NoSound? Czyli mniej więcej wiadomo, o co chodzi. Największą zaletą tej płyty jest to, że muzycy nie poszli całkiem w klimaty, tylko skomponowali kilka porządnych piosenek. Inną dużą zaletą tej płyty jest to, że mimo ogólnie spokojnego nastroju całości, nie jest na jedno kopyto – nie jest monotonna i nie nudzi. Niby tylko nieco ponad dwadzieścia minut, ale to jednak siedem utworów, gdyby miało brakować pomysłów, to już by pewnie zaczęło. Fakt, że mogliby nieco jeszcze tą muzykę urozmaicić, bo czasami aż się prosi, żeby ktoś trochę bardziej popracował nad aranżacjami, żeby nie było to tak ascetyczne. Przedsmak tego, co mogłoby być, gdyby było bardziej, możemy znaleźć na utworze tytułowym – to podkręcenie tempa pod koniec, ta finałowa koda – zdecydowanie może się to podobać.
Niegłupia to rzecz i bardzo przyjazna słuchaczowi. Fajnie się tego słucha. Stworzyć taki nieco zamglony, oniryczny klimat i nie zamulić – to jest sztuka. Szacun.
Solidne siedem gwiazdek.