Jim White zadebiutował albumem Wrong-Eyed Jesus w wieku lat czterdziestu. A wcześniej był, między innymi, profesjonalnym surferem i modelem w Mediolanie. Cóż, bez wątpienia ciekawa to postać.

Ze swych muzycznych zainteresowań i doświadczeń powybierał to, co najspokojniejsze i najbardziej nastrojowe. Poświęcił kilka wieczorów i, wypełniając zapewne kosz zmiętymi papierowymi kulkami, stworzył bardzo osobistą opowieść - Drill a Hole in that Substrate and Tell Me What You See, swój trzeci album.

A długa to opowieść. Choć o zwykłej codzienności - raczej posępna, zanurzona w gęstym dymie papierosów. Ballady White'a wydobywają z nikotynowej duchoty obraz nocnego baru, z lekko zachrypniętym pieśniarzem w kącie, zgarbionym nad swym fortepianem. Zapomniany, zaniedbany lokal gdzieś na południu Stanów. Bywali tu chociażby Tom Waits i Stan Ridgeway. A w izbie niezliczeni goście otaczają White'a i przysłuchują się historii doświadczonego życiem człowieka, wtrącając od czasu do czasu swoje trzy grosze. Dzięki temu znajdziemy na Drill a Hole... instrumenty dęte wszelkiego rodzaju, slide'y w klasycznym stylu coutry, sam White dorzuca między innymi banjo i harmonijkę, zaś liczne panie - swe piękne głosy. Takim "Static on the Radio" czy hipnotycznie falującemu "Phone Booth in Heaven" dodają one nie tylko brzmieniowej głębi, ale i kobiecej romantyczności. Nastrój, cudowne melodie, brzmienie, po prostu dwa najpiękniejsze fragmenty albumu, dwie perły obdarzone niecodzienną urodą.

Sporo świeżego powietrza i humoru wpuszczają niespodziewanie lekkie "Alabama Chrome" oraz wybryk pod wiele mówiącym tytułem "If Jesus Drove a Motor Home". Cóż, jeśli nie dosyć oczywista strona muzyczna, to sam nonsensowny temat i historia zwracają uwagę. Pomysł powstał zapewne pod koniec imprezy, gdy barman już wyganiał/wynosił gości z knajpy.

Podobno w dzieciństwie Jim miał sporo do czynienia z gospelem, co potwierdza "Combining My Hair in a Brand New Style". Miał i wiele innych inspiracji (a więc, bynajmniej, nie tylko country), objawiających się od czasu do czasu w co żywszych fragmentach, lekko jazzowych rozluźnieniach, a nawet niespodziewanych, hałaśliwych wybuchach. Wtedy też White pokazuje, że jego gardło i przepona mają się jak najlepiej. Tak, za głębokim półszeptem i chrypką kryje się ładny, wciąż młodzieńczo rześki głos.

Jedni nazwą tę płytę monotonną, inni przepięknie spójną. Jedni zauważą, że to tylko nudnawe, średnio melodyjne ballady, przesadnie skażone amerykańskim folkiem - gdy inni zatracą swoje dusze w tym ciepłym, płynącym bez pośpiechu, późnonocnym (czy może już wczesnoporannym?) graniu. Krążek-zwierciadło, rzec by można.