Zastanawialiście się kiedyś co można otrzymać tworząc mieszankę kosmosu, zawiedzionej miłości, metalowych riffów i popowych refrenów? Ja też nie. Ale nic nie szkodzi. Matt Bellamy, Dom Howard i Chris Wolstenholme z zespołu Muse zrobili to za nas. I szczerze? Rezultat jest naprawdę pozytywnie zaskakujący. Może nawet pokuszę się o wykorzystanie słowa: kosmiczny.

Przyznam na starcie, że trio z Teignmouth w Anglii, w hrabstwie Devon od razu mi się spodobało. Dwie dekady temu, gdy jeszcze słuchało się muzyki na Foobar2000, MySpace czy Last.fm, niekoniecznie odkrywając całe albumy, raczej mieszankę różnych utworów danego artysty, do mnie przemówiły „New Born” (Origin of Symmetry, 2001), „Muscle Museum” (Showbiz, 1999) czy choćby „In Your World” (Hullabaloo Soundtrack, 2002). Nie wspominając już spektakularnego albumu Absolution (2003). Ekscytowała mnie ta inność, pociągał mrok i pobudzały kosmiczne riffy. Im głębiej zanurzałam się w ich dyskografię, tym mocniej rezonowała we mnie ich twórczość, a na YouTube kolejkowałam następne live’y do buforowania i coraz lepszego poznawania tego nietuzinkowego zespołu.

Już od Black Holes & Revelations (2006) łączenie rocka progresywnego z brzmieniami bardziej pop-funk, muzyką klasyczną (ach, „Butterflies & Hurricanes”!) czy nawet dubstepem, wychodziło im po prostu naturalnie i dobrze. Nie zmienia to jednak faktu, że od dłuższego czasu, choć ich wydawnictwa wciąż były dowożone na najwyższym poziomie, brakowało mi w nich emocji. Swoistego rodzaju dotknięcia. Zatrzymania. Ciarek. Myślałam, że to już - czas zrobił swoje, nic fenomenalnego mnie już tu nie czeka, a Muse nie ma już dla mnie zbyt wiele do zaoferowania.

Cóż, nie ma to jak bardzo miłe rozczarowanie.

The Wow! Signal, który premierę miał dokładnie 26 czerwca 2026 roku jest dziesiątym albumem studyjnym Brytyjczyków i jest to wydawnictwo kompletne. Już sam tytuł jest nieprzypadkowy. Nawiązuje do jednego z najbardziej tajemniczych wydarzeń w historii badania sygnałów odbieranych z przestrzeni kosmicznej. W 1977 roku radioteleskop Big Ear z Uniwersytetu Stanowego w Ohio odebrał wąskopasmowy sygnał trwający dokładnie 72 sekundy, który był na tyle niespodziewany i niecodzienny (naturalne źródła radiowe zwykle emitują sygnały na szerokim zakresie częstotliwości, a ten sygnał był blisko tzw. linii wodoru, czyli 1420 MHz, która od dawna uważana była za spodziewane „miejsce spotkania” w międzygwiezdnej komunikacji), że astronom Jerry R. Ehman przeglądał wydruk z komputera i widząc nietypowy ciąg znaków: 6EQUJ5, zakreślił go czerwonym długopisem i na marginesie napisał tylko: „Wow!”.

Otwierający ten album „The Dark Forest” początkowo kojarzy się z jednym z hymnów Muse, „Knights of Cydonia” (BH&R, 2006), jednak pod kątem kompozycji i brzmienia, jest to właściwie całkowite novum, z symfonicznymi smyczkami, chóralnym, religijnym zaśpiewem i agresywnym riffem z charakterystycznymi gitarowymi arpeggiami. No i ten tekst: „We will all beg for extinction / Doom is our last invitation / To soar here” - miód! Zaraz po tym mrocznym intro zostajemy wrzuceni w funkowo-taneczny „Nightshift Superstar”, przy którym po prostu nie sposób powstrzymać się od podrygiwania do fenomenalnie skomponowanej partii rytmicznej. Na szczególne uznanie zasługuje tu świetny pochód basowy, który tworzy niezaprzeczalny filar całego utworu, a wysoki głos Bellamy’ego doskonale się z nim zgrywa.

Kolejnym przeskokiem nastroju jest „Shimmering Scars”. Utwór początkowo niepozorny, uderza z pełną mocą, szczególnie ze względu na bardzo bogate instrumentarium - w tym bridge na organach - oraz finezyjną kompozycję, która wypełnia przestrzeń dookoła słuchacza, ale nie przytłacza. Następny jest „Cryogen”, jeden z singli promujących to wydawnictwo, który od pierwszych dźwięków nasuwa skojarzenie z jednym z hymnów Muse, czyli „Plug-in Baby” (Origin of Symmetry, 2001). W tym utworze wyjątkowo dobrze słychać to, w czym ekipa z Teignmouth zawsze była dobra, czyli przerzucanie ciężaru utrzymania melodyjności na sekcję rytmiczną, co dodaje - znowu - fajnej przestrzeni, zatrzymania, suspensu i lepszego odczucia tego, co potocznie nazywamy „pierdolnięciem”. Nie mogę się doczekać, by usłyszeć na żywo outro tego numeru. Czysty ogień.

Wydawać by się mogło, że kolejna pozycja, czyli „Be With You” jest kompletnym przeciwieństwem i chyba utworem wypadającym najbardziej blado na tle całego albumu, ale moim zdaniem jest też fajnym przełamaniem, trochę w stylu „Follow Me” (The 2nd Law, 2012). Wokal Bellamy’ego pracuje w tym numerze bardzo subtelnie, wchodząc w przyjemne harmonie, a nagły zwrot akcji z przełamaniem tempa, ostrym riffem i świetną perkusją sprawiają, że jest to bardzo udany singiel promujący TW!S. Zawsze ogromnie ceniłam umiejętność Muse do tworzenia melodii i tutaj to ładnie wybrzmiewa.

„Hexagons” to jest w ogóle bardzo ciekawa kompozycja, w której naliczyłam co najmniej kilkanaście zmian tempa i która jest zarówno kosmicznie epicko-syntezatorowa, jak i wystarczająco instrumentalna, by utrzymać mroczny klimat rodem z pierwszych albumów (OoS, Hullabaloo, Absolution). Przeciągnięte partie gitarowe Bellamy’ego przynoszą na myśl lata świetności koncertowej Brytyjczyków. Następna pozycja z listy albumowej to według mnie Muse w pełnej krasie. „The Sickness in You & I” to metalowy riff, funkowe zwrotki z mocną linią basową, pop-rockowy refren i tak ciężkie outro, że aż nie sposób się nie uśmiechnąć. Zakończenie tego utworu płynnie przenosi nas do „Unravelling”, czyli pierwszego singla promującego TW!S, który ukazał się 20 czerwca 2025 - praktycznie rok przed premierą LP. I choć ten utwór ma wszystko czego potrzebuje, by być młotem na osoby niedowierzające, że Muse po tylu latach wciąż dowozi kawał rock’n’rolla, to osobiście potrzebowałam czasu, by przekonać się do tej kompozycji. O ile pięknie ciężki riff i rockowy refren były zachęcające, o tyle początek w stylu „Madness” (The 2nd Law, 2012) kompletnie mnie odrzucał (choć samo „Madness” bardzo lubię). Jednak okazuje się, że w kontekście całości wydawnictwa, „Unravelling” wpisuje się wręcz doskonale i teraz nie wyobrażam sobie tej płyty bez tego brzmienia.

Za to przedostatni utwór to chyba największa niespodzianka. Pierwsza styczność z „Hush”, w którym Bellamy śpiewa wraz z Ellie Goulding (dla mnie znana przede wszystkim z radiowego „Love Me Like You Do”, więc nie byłam największą optymistką w kwestii tego duetu) to było jak odpalenie fajerwerków Gandalfa prosto do uszu. Począwszy od linii melodycznej, rockowego i bardzo muse’owego riffu, partii piano, elementów niczym wyrwanych z utworu „bad guy” Billie Eilish, refrenu w najlepszym wydaniu pop-rocka i skończywszy na porywającej melodyczności. Wokal Ellie świetnie wpasował się w brzmienie całości i zgrał z wysokim głosem lidera Muse. Wyszło im to o wiele, wiele, wiele lepiej, niż utwór „Ghosts” z ery Will Of The People (2022), który był nagrywany zarówno z Elise, jak i z Mylène Farmer.

Album zamyka delikatny „Space Debris”, który jest swoistą klamrą spinającą wszystkie emocje przewijające się we wcześniejszych utworach („Like space debris / Love can drift away”). Świetnie wyśpiewanym partiom wokalnym Bellamy’ego towarzyszy tu przepiękna partia smyczkowa. Osobiście odbieram to jako nową wersję nieśmiertelnego „Unintended” (Showbiz, 1999), chwilę na zatrzymanie się, zajrzenie wgłąb siebie, przyjrzenie się własnemu czuciu i pozwolenie sobie na chwilę kruchości. Jestem wielką fanką tego utworu - zarówno czysto muzycznie, jak i emocjonalnie.

The Wow! Signal - szarpie i pociąga, porusza i rozkrusza, sprawia, że jednocześnie chcesz krzyczeć i trwać w ciszy. Feeria niekontrolowanych przeżyć, w których na końcu każdy odnajduje po prostu siebie. Tylko i aż. Dawno nie czułam się tak blisko muzyki w ogóle, jak przy odsłuchu tego albumu Muse. Dobrze, że wciąż są zespoły, które potrafią przebić barierę zwyczajności i choć na chwilę wstrząsnąć słuchaczami, zabierając ich wprost w kosmos.