Po niespełna dwóch latach z drugim albumem powraca grupa Scarless. W porównaniu z dość krótkim, 35-minutowym, debiutem tym razem artyści proponują już prawie godzinę nowego materiału wpisanego w siedem kompozycji. W składzie można zauważyć dość istotną zmianę. Na drugiej płycie nie usłyszymy już Gaby Latak - którą zastąpiła Anna Grzesik - i ta zmiana jest zauważalna. Bo choć nowa wokalistka także operuje głównie w niższych rejestrach i w jej partiach też jest sporo wzniosłości i emfazy, to jednak jest w tym wszystkim wyczuwalna jakaś bojaźliwość i brak lekkości. Ale może to kwestia kompozycji i tak napisanych linii wokalnych, które prowadzą w kierunku nieco bezpiecznego, mniej finezyjnego śpiewania.
Muzycznie zaskoczeń też nie ma. Napisałem przy okazji debiutu, że grupa swoim graniem idealnie wpasowuje się w nasze neoprogresywne lata dziewięćdziesiąte z takimi nazwami jak Albion, Anamor, czy Quidam (oczywiście z odniesieniami do nieco starszych ikon proga, takich jak Pink Floyd czy Marillion), przypominając je nieco również w sferze brzmienia i produkcji. I tu dokładnie to słychać. O ile jednak debiut rządzi/rządził się swoimi prawami, to tym razem z płytą Arkana mam już problem.
Być może to kwestia oczekiwania na powiew pewnej odmiany, stąd większy krytycyzm. Bo mam wrażenie, że grupa okopała się na swoich pozycjach. Rejonach, które lubi i ma brzmieniowo sprawdzone. Oczywiście, dalej mamy wspomniane przeze mnie gładkie i pastelowe partie gitary solowej i ciepłe, przestrzenne klawiszowe tła, jednak melodyjna atrakcyjność (choć to mocno indywidualna sprawa) jest już mniejsza a niektóre utwory są dość ciężkie i schematyczne. Odnoszę wrażenie, że w niektórych kompozycjach (np. Wieża, Wisielec) muzyka jest raczej tłem dla dość rozbudowanych tekstów. A w Eremicie, wspomnianej Wieży, czy kończącym Rydwanie niektóre wątki wydają się być sklejone na siłę i brakuje w nich płynnych przejść, dzięki którym jeden motyw wynikałby z drugiego.
Są oczywiście tu rzeczy, na które warto zwrócić uwagę. Ładne solówki gitarowe w Eremicie, Wieży, czy Wisielcu, bądź fajnie narastające, pełne emocjonalnego rozmachu, figury klawiszowe w finale Wisielca.
To jeszcze słowo o warstwie lirycznej. Szata graficzna, jak i tytuł, sugerują inspiracje tarotem i być może poszczególne kompozycje, podobnie jak karty, mają dotykać duchowej drogi człowieka. Cóż, faktycznie teksty, choć pisane wprost, bez większego poetyckiego zawoalowania i czasami dotykające pewnych oczywistości, wyrażają różne ludzkie stany i uczucia, od lęku po miłość, bądź pokazują rozczarowanie kondycją współczesnego świata i samej ludzkości (Świat). Najbardziej jednak zaintrygowały mnie słowa Wieży. Podejmujące wątek religii, ale nie w antyklerykalnym kontekście. Bo to raczej wyraz rozczarowania Bogiem, jako stwórcą, z jakże wymownym zdaniem kończącym utwór: czemu wszystko wyszło, a tylko nie wyszedł ci człowiek…
To w sumie - zgodnie z notą (6/10) - dobra, godna uwagi produkcja. Jednak głównie dla najzagorzalszych wielbicieli stylu.