Holenderską formację Kensington widziałem w minioną sobotę już po raz trzeci…
Grupa jest absolutną gwiazdą w swoim rodzimym kraju i ma na swoim koncie nie tylko cztery albumy numer jeden i kilka platyn na niderlandzkim rynku, ale też wyprzedaną kilka lat temu ponad 50-tysięczną Johan Cruyff Arena w Amsterdamie (nigdy wcześniej nie udało się to żadnemu wykonawcy z Kraju Tulipanów). Do nas przybywają na koncerty klubowe, choć swego czasu zagrali na Dużej Scenie 22. Festiwalu Woodstock.
Jak wspomniałem wyżej, widziałem ich już 11 lat temu w warszawskich Hybrydach oraz dwa lata później, także w stołecznej Progresji. I za każdym razem koncerty cieszyły się ogromnym zainteresowaniem, głównie młodszej i to raczej żeńskiej publiczności wprowadzając mnie – już wszak weterana rockowych, czy metalowych koncertów – w lekką nieśmiałość. Nie inaczej było i tym razem. Warszawskie Niebo wyprzedało się, ale – ku mojemu zaskoczeniu – publiczność była już zdecydowanie bardziej zróżnicowana wiekowo.
To był dość wyjątkowy występ, bowiem po raz pierwszy zespół zagrał w Polsce z nowym wokalistą, Amerykaninem Jasonem Dowd’em. Przypomnę, że prawie 4 lata temu grupę opuścił uwielbiany przez fanów i obdarzony charakterystycznym głosem Eloi Youssef. Sprawa przyszłości formacji stała pod znakiem zapytania do ubiegłego roku, kiedy to muzycy ogłosili nowego frontmana i już z nim, pod koniec listopada 2025 roku, wydali nowy album First Rodeo.
I to z nim, niecałe trzy miesiące po premierze, przyjechali na Wisłę. To świetna płyta, istna kopalnia przebojów i nośnych numerów, którą spokojnie można postawić obok mojej ukochanej Rivals z 2014 roku. Dlatego nie dziwi, że chyba bez jednego kawałka (I Could Be Wrong) wybrzmiała w całości! Było zatem na początek Stay, potem gdzieś przepiękna ballada Lightning, wyśpiewane przez publiczność w refrenie Little by Little, czy wreszcie energetyczny i rozpędzony A Moment na trzeci bis i absolutny koniec koncertu. Do tego po drodze pojawiły się obowiązkowe killery z Rivals w postaci Riddles, Streets i All for Nothing, czy przecudowne Sorry z Control i Uncharted z Time.
Wydaje się, że Dowd, choć dysponujący nieco inną barwą głosu, świetnie się wpasował w grupę i został naprawdę bardzo gorąco przyjęty przez publiczność. Cóż, ten warszawski występ Kensington można by podsumować słynnymi słowami Juliusza Cezara, veni vidi vici. Bez żadnych suportów artyści wyszli punktualnie o 20, zagrali ekstremalnie energetyczny ale i chwilami ujmujący koncert przy entuzjastycznej publiczności, nie biorąc do tego żadnych jeńców i…zakończyli punktualnie o 21:30. Czy to był koniec? Nie. Po kwadransie można ich było spotkać wśród fanów, na przykład przy bogato zaopatrzonym sklepiku z merchem.