Organizator zapowiadał ten wtorkowy, poświąteczny wieczór, jako metalcore’owe uderzenie na Warszawę. I przyznam otwarcie, że ten reklamowy wabik okazał się niezwykle adekwatny do scenicznych wydarzeń w Progresji…
Bo choć metalcore był tylko pewnym mianownikiem łączącym różne style ciężkiego, metalowego rzemiosła reprezentowanego przez cztery składy, to jednak siła z jaką każdy z nich wyprowadzał muzyczne ciosy była ogromna.
Dosłownie kilka godzin przed tym wydarzeniem prezydent USA, Donald Trump, zapowiedział na noc, po tym koncercie, zagładę cywilizacji. I ja, z lekkim niepokojem, ale i szelmowskim uśmiechem, zacząłem się zastanawiać nad swoistym chichotem losu. No bo jeśli zapowiedzi najpotężniejszego człowieka świata się ziszczą, podczas ostatniego koncertu w swoim życiu będę oglądał aż trzy amerykańskie formacje…
Jako pierwszy na scenie, punktualnie o 18, zameldował się pochodzący z Pittsburga zespół 156/Silence. Działający już ponad dekadę skład promował tym występem swój piąty album People Watching, który zdecydowanie (5 numerów) zdominował ich półgodzinny set. Przyznam, że ich występ podobał mi się najmniej, bo zaprezentowany przez nich nowoczesny metalcore z hardcore’ową agresją i noise’owymi wstawkami miał chyba tego wieczoru najmniej dobrych melodii i przebojowości.
Na drugich w kolejności Brytyjczyków już czekałem z zaciekawieniem. Bo ich albumy mają sporo przestrzeni, klimatu i melancholii. Taki jest ostatni The Host, czy wcześniejszy Burning Throne, który zresztą nabyłem w winylowej formie po koncercie, a nawet podpisałem podczas krótkiego spotkania z muzykami. Ku mojemu zaskoczeniu jednak panowie dobrali na występ mocniejsze rzeczy. Ruszyli przebojowym Not So Different z kapitalnym refrenem a potem docisnęli równie energetycznymi i ciężkimi Built to Bleed i Take My Last Breath z ostatniej płyty. Po nich poleciały już piękne Nothing i ultra melodyjny My Everything ze wspomnianego Burning Throne. Wszystko zakończyło też nośne Lost. To był dobry i szybko mijający koncert chłopaków z Portsmouth.
Grający jako trzeci Memphis May Fire na scenie zabawili nieco dłużej. Swój występ oparli na dwóch ostatnich krążkach Remade in Misery i Shapeshifter zgrabnie łącząc intensywną agresję z melodyjnymi refrenami (The Sinner, Paralyzed, Bleed Me Dry, Somebody, czy kończąca całość petarda Blood & Water). Teksańczycy zebrali gromkie i zasłużone brawa, jednak najlepszy występ tego wieczoru dały gwiazdy z Fit For A King.
Na ich występ czekałem najbardziej i nie zawiodłem się. Świetne brzmienie, duża produkcja z dwoma ekranami z tyłu sceny, na których nie tylko „odpalano ogień”, ale pokazywano też tytuły kolejnych kompozycji. Zaczęli od miażdżąco nośnego i wzniosłego Begin the Sacrifice a zaraz po nim przyłożyli równie patetycznym The Temple. Jednym słowem, po 10 minutach byłem już kupiony a przecież za chwilę leciały takie killery jak No Tommorow, czy bardzo piosenkowy Shelter ze stadionowym wręcz refrenem. Fantastycznym wyciszeniem w środku był balladowy Between Us zaśpiewany przez basistę Ryana "Tucka" O'Leary’ego. A przy okazji tego pana. To co on wyprawiał na scenie budziło naprawdę szacunek. A już kilkukrotne obracanie wokół szyi gitary basowej rozwalało system. Prym wiódł oczywiście wszędobylski, długowłosy i wiecznie uśmiechnięty wokalista Ryan Kirby. Cóż, pochodzący także z Teksasu Fit For A King to dziś absolutna metalcore’owa ekstraklasa. Ich kompletne łączenie deathcore’owej brutalności z ekspansywną elektroniką i mocnymi refrenami robiło wrażenie, choćby w zamykającym wieczór Witness The End.