Wczorajszy koncert Karnivool był naprawdę dużym wydarzeniem. Można to było zauważyć już po mocno zatłoczonym, przylegającym do Progresji, parkingu, ale i wypełnionej fanami, niemalże do końca, koncertowej sali…

I nie powinno to dziwić. Bo oto po trzynastu latach od wydania albumu Asymmetry, w lutym tego roku, z nową, świetną zresztą, płytą In Verses powrócili Australijczycy z Karnivool. To oni przedefiniowali progresywny metal w XXI wieku i wpuścili do niego trochę świeżego powietrza, łącząc matematyczną i techniczną perfekcję oraz brzmieniowe eksperymenty z ujmującymi melodiami. Gdy dodamy do tego fakt, że choć formalnie istnieją od 28 lat, tak naprawdę nagrali ledwie pięć pełnowymiarowych krążków (w tym wspomniane In Verses po 13 latach), nie powinno dziwić, że niektórzy już nazywają ich legendą.

Pierwotnie koncert odbyć się miał w warszawskiej Proximie, jednak po ogromnym zainteresowaniu występem muzyków z Antypodów, organizator rychło zmienił klub na zdecydowanie większą Progresję. Ciekawostką jest to, że dotychczas jedyny polski koncert Karnivool odbył się w 2014 roku, podczas trasy promującej ich prawdziwe arcydzieło, album Asymmetry, właśnie w stołecznej… Proximie.

Zanim jednak Australijczycy wyszli na scenę, czterdziestominutowy set zagrali Kanadyjczycy z Intervals, a w zasadzie absoluty spiritus movens i gitarzysta grupy Aaron Marshall, któremu towarzyszyli Nathan Bulla, Jacob Umansky i Travis LeVrier. Wymieniam tych młodszych od lidera muzyków nieprzypadkowo. Bo dawno nie słyszałem tak trafionego supportu. Kwartet wyszedł na scenę punktualnie o 19:30 i od pierwszej do ostatniej minuty siał prawdziwy, energetyczny armagedon bez jakichkolwiek przestojów, czy dłużyzn. To dziś sztuka grać instrumentalny i zaawansowany technicznie progresywny metal oraz djent i nie budzić poczucia przerostu formy nad treścią. Im się to udaje. Wszystko robią z dużą biegłością i luzem, a co najważniejsze, nie uciekają od dobrej, nośnej melodyki. Świetnego występu dopełniały ekspansywnie atakujące światła, soczyste, selektywne brzmienie i naprawdę entuzjastyczne przyjęcie fanów. Ich set zdominowało pięć nagrań z bardzo udanego i wydanego dwa lata temu Memory Palace (Neurogenesis, Nootropic, Chronophobia, Galaxy Brain, Mnemonic). Rzecz zresztą, w pięknej, winylowej formie, nabyłem sobie po ich występie a i sam sympatyczny Aaron mi ją podpisał, wpadając na zupełny koniec wieczoru „na merch”.

O ile występ Intervals mogłem oglądać z dość bliska, to już po wizycie w koncertowym foyer w przerwie między występami i po powrocie na salę trudno było się dobić choćby do środka audytorium. A załoga Ian Kenny’ego zaczęła od znakomitego Ghost, czyli kompozycji otwierającej nowy album. Ten zresztą zdominował koncert, bowiem muzycy pominęli z niego tylko trzy kompozycje (szkoda że wśród nich było Conversation) odgrywając w następującej kolejności, oprócz wspomnianego Ghost, utwory Aozora, Drone, All It Takes, Animation oraz Opal i Selva, które wybrzmiały na bis. Ponadto, był spory przegląd Sound Awake z przebojowym i wyśpiewanym przez publiczność Simple Boy na czele (który wleciał zaraz po pierwszym numerze), ale też dwie rzeczy z Thematy, w tym kompozycja tytułowa, dla mnie jeden z najlepszych momentów koncertu. No i było niemalże obowiązkowe, wszak często w minionych latach przez nich grane, We Are z Asymmetry.

Muzykom trudno było odmówić świetnej formy, nie sposób jednak było nie zauważyć, że w porównaniu do wcześniej występującego Intervals, tonącego w ferii kolorów i z rozświetlonym scenicznym tłem za plecami, Karnivool wyglądał dość ubogo, skąpany ponadto w scenicznym dymie. A szkoda, bo tej muzyce ciekawe wizualizacje z pewnością dodałyby atrakcyjności. Inną sprawą było brzmienie, już mniej selektywne, z dominującymi nad całością gitarami i basem oraz „schowanym” nieco wokalem. Odczucia oczywiście zależały najpewniej od miejsca odsłuchu, trudno też nie wspomnieć o „gęstszej fakturze” brzmienia Karnivool w porównaniu z poprzedzającą ich grupą. Faktem jest, że bardziej przestrzenne kompozycje, z mniejszą ilością „lejących się” riffów wypadły zgrabniej (patrz, wyżej wymieniona Themata).

Mimo wszystko, warto było przyjść tego wieczoru do Progresji, bo 100-minutowy gig minął bardzo szybko i fajnie było oglądać podczas koncertu wielu fanów śpiewających z Ianem każdy wers, a po samym występie wyłapywać mnóstwo naprawdę szczęśliwych twarzy sunących mocno zatłoczonymi schodami do wyjścia.

Tekst: Mariusz Danielak

Foto: Michał "Angelus" Majewski [Maj Music]