Fajny, energetyczny i pełen emocji muzyczny wieczór zafundował wczoraj w warszawskiej Proximie Jutes…
Przyznam otwarcie, że z moim już ponad „półwieczem” na karku, zaczynam powoli czuć się na takich koncertach lekko nieswojo. Bo wśród przybyłych zdecydowanie dominowała piękniejsza z płci, w większości dwudziestoparoletnia. I choć panów nie brakowało, tych z mojego pokolenia można było raczej szukać ze świecą. Piszę to wszystko oczywiście z lekkim przekąsem i dystansem, bo to co widzę na takich wydarzeniach jest niezwykle budujące. Wszak Jutes, oprócz skrętów w melodyjne i popowe rewiry, proponuje nierzadko naprawdę ciężkie, metalowe granie. Poza tym, gdy w przerwie między występami odpalono z głośników legendarny Chop Suey! System Of A Down cała sala śpiewała, a na sam koniec wybrzmiały sążniste brawa! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem.
Do rzeczy. Przed Jutesem, punktualnie o 19:30, na scenę wyszła, wraz z gitarzystą i perkusistą, Ally Nicholas. Piękna, długowłosa Amerykanka, zaprezentowała półgodzinny set składający się z siedmiu numerów utrzymanych w konwencji czerpiącej z blues rocka i hard rocka, ale też grunge’u, alternatywy, czy indie. Zwykle utrzymanych w średnich tempach, choć nie brakowało mocnych, energetycznych momentów (świetny Fall Into, ponadto artystka zagrała Bored, Killing, Whisper, A Ditch, Seventeen i All Summer Long). Dobry głos, chwytliwe melodie, sceniczny luz i bijący z niej urok oraz osobiste teksty wynikające z jej niełatwej drogi życiowej dopełniły obrazu bardzo ciekawego występu.
Jutes to właściwie urodzony w Ottawie Kanadyjczyk Jordan Lutes, który wystartował w 2000 roku EP-ką A Really Bad Dream i mający na swoim koncie trzy pełnowymiarowe albumy. Przyjechał do nas promować ten ostatni, wydany w 2025 roku, świetny Dilworth. I to on zdominował trwający 75 minut występ, gdyż w 20-utworowej setliście aż jedenaście kawałków pochodziło właśnie z niego. Zaczął dokładnie od jego początku, czyli od przejmującego i majestatycznego w swojej potędze Left on Dilworth a potem już żonglował stylami i nastrojami. Początkowo ubrany w czarną koszulę, potem już tylko w koszulce na ramiączkach, odkrywającej dość skrupulatnie wytatuowane ciało, serwował niezwykle różnorodną mieszankę metalu alternatywnego, metalcore’a, nu metalu, rapu, hip-hopu, czy atrakcyjnego popu. Były zatem ultra przebojowe SMUT, Mannequin, Eulogy, Parasite, Red Velvet, czy kończący całość wyjątkowy Sleepyhead. Pojawiły się też rapowanki w Disassociate, Icarus, czy Facelift, przy którym skakała cała sala, ale też chwile wyciszenia w intymnym Vertigo, kapitalnie zaśpiewanym przez Jutesa.
Ten przyjęcie, na naprawdę zacnie wypełnionej sali, miał wręcz euforyczne i ekstatyczne. Zatem kompletnie szczerze odbierałem płynące z jego ust słowa, iż to najlepszy koncert na jego trasie. Doprawdy wyglądał na zaskoczonego, gdy, w ramach zrobionej przez niego wśród publiczności „ankiety” okazało się, że większość przybyłych była spoza Warszawy. Poza tym z jego ust padło wiele osobistych i emocjonalnych słów, które tylko dodały autentyczności temu muzycznemu spotkaniu.