Longplay Adam and Eve z 2004 roku, co by nie mówić, był mocno polaryzujący. Osobiście zaliczyłbym go do słabszych albumów w dorobku Flower Kingsów. Przy pierwszym przesłuchaniu nie porwał mnie, a dziś dostrzegam w nim coś w na kształt "kryzysu wieku średniego". Kompozycje były przecukrowane, jakieś takie wesołkowate nawet biorąc pod uwagę ogólną 'pastelową' ideę brzmienia TFK, a w wielu miejscach oznaki braku pomysłów i muzyczne nudy aż wylewały się z głośników. Nawet dostawienie znanego pasjonatom prog metalu legendarnego Daniela Gildenløwa z imponująco plastyczną skalą głosu i anglojęzycznym wokalem bez kszty szwedzkiego akcentu jako trzeciego prowadzącego wokalisty w składzie, nie zrobiło na mnie wrażenia. Mało tego, momentami chropowaty metalowy pazur w jego wokalach pasował do brzmienia Flower Kingsów jak pięść do nosa. Na szczęście, Adam and Eve okazało się ledwie chwilowym spadkiem formy, albowiem 'Króle Kwiatów' jako następny ruch przyszykowali nie pojedynczy a podwójny album, na dodatek, w mojej ocenie, o niebo lepszy niż poprzednik, chociaż już bez Gildenløwa w zespole.
Lider zespołu Roine Stolt w tamtym czasie, miał jeden z najbardziej kreatywnych i płodnych momentów swojej artystycznej kariery. Jak na moje oko Stolt miał absolutnego farta w loterii genetycznej, i przekroczywszy 50-tkę na karku mógł robić za okaz zdrowia: tryskał koncertową energią, w głowie multum pomysłów i projektów, a 'na' tej głowie burza włosów prawie taka sama jak w 1974. Jakiś rok przed wydaniem Paradox Hotel z Flower Kingsami, na łamach wytwórni Insideout Music, premierę miał solowy album Roine Stolta pt. Wallstreet Voodoo, na którym artysta oprócz kompozycji, gitary i wokalu odpowiadał niemalże w 100% za produkcję, mix/master, instrumenty klawiszowe oraz inne pomniejsza dodatkowe smaczki. A w tym samym roku 2006, tuż po niniejszym podwójnym LP od Flower Kingsów, słuchacze dostali zapis audio i DVD z koncertu promującego tournee Paradox Hotel, zarejestrowanego w Holandii - Instant DeLIVEry.
Od 'Space Revolver' obserwujemy rosnący wkład Tomasa Bodina w songwriting i aranże. A na tej płycie widać to naprawdę wyraźnie, zwróciwszy uwagę np. na dużą ilość fortepianu wysuniętego na pierwszy plan. Jednak, zasadniczo Paradox Hotel ukazuje bardziej symetryczny niż wcześniej podział ról w zespole. Na początku Roine odpowiadał za prawie wszystko, a tu dostajemy spory nacisk kooperacje zespołowe. Dodatkowo do wcześniej wspomnianej ekspozycji talentów Bodina, doceniam równy balans prowadzących wokali Roine Stolta i Hasse Fröberga. Nawet basiście Jonasowi Reingoldowi zdarzyło się tutaj pośpiewać troszkę chórków, a nawet dopisać trochę muzyki (wg. książeczki Reingold jest współkompozytorem What if God is Alone).
Płytę otwiera pejzaż efektów dźwiękowych złożony między innymi z dźwięków szumu samolotu odrzutowego, komiksowego pikania bomby zegarowej czy zsamplowanych dialogów z transmisji startu wahadłowca NASA, zwieńczony odbiciem piłeczki ping pongowej. Tomas Bodin (wg. książeczki, odpowiedzialny w całości za wykonanie tego intra) nie ukrywał że był wielkim fanem ping ponga i tenisa stołowego, tudzież przemycone przez niego odgłosy kojarzące się z tym sportem mogliśmy już słyszeć na albumie Retropolis w utworze Rhythm of Life (również kompozycja Bodina). Sądzę nawet iż ping-pong mógł był stanowić znak rozpoznawczy Flower Kingsów (jako taki easter egg), gdyby z niego później nie zrezygnowano. Jednakże mniejsza o to.
Przechodząc dalej, można odnieść lekkie wrażenie, że tematycznie, w kwestii konceptu/motywu przewodniego, dzieje się istna degrengolada, choć mimo wszystko jako tako uporządkowana. Marketingowa otoczka wokół albumu uparcie trzyma się idei że Paradox Hotel to album koncepcyjny opowiadający o alegorii życia i śmierci (co jak dla mnie osobiście nota bene jest nierzadko najłatwiejszym pretekstem żeby dopisać rzekomy epicki konceptualny format do czegokolwiek), ale będąc szczerym, oprócz przewijających się repryz tematów muzycznych i motywów z utworu na utwór (standardowa praktyka w gatunku prog rocka), nie jestem w stanie doszukać się jakiejś ciągłości opowieści. Sam dylemat czy powyższe dzieło TFK to concept album czy nie nie jest istotny gdy mamy do czynienia z tak dobrym materiałem. W porównaniu z Adam and Eve, mogę śmiało powiedzieć, że ten album jest bardziej dopracowany. Widzę też wyraźnie że Flower Kingsi włożyli więcej czasu w organizację aranży i sesji nagrań instrumentów, i tym samym lider Roine Stolt z asystencją Bodina, wycisnęli ze swoich zdolności producenckich ostatnie poty. Wszystkie instrumenty gadają jak należy i są bardzo klarownie osadzone w miksie. Po raz kolejny bębny zostały nagrane REWELACYJNIE, barwy gitary Stolta są soczyste, cała gama syntezatorów Bodina wypełnia przestrzeń do cna, nie dając jednak przy tym wrażenia przesytu, basówka progowa i bezprogowa Reingolda śmiga po mistrzowsku; innymi słowy - brzmieniowo Paradox Hotel śmiało mogę określić małym dziełem sztuki.
Jako że Paradox Hotel składa się z dwóch płyt i ponad dwóch godzin (!) materiału, rozszerzony format pozwolił na sporo miejsca na muzyczne eksperymenty i zabawę w stylizację. No wiecie, żeby nie było nudno. Np. Jealousy jest ironiczną rzewną balladą, a haczyk polega na tym że tekstowo nieczuła, ponura i socjopatyczna. Hit me with a hit jest stylizowany na pop i zgodnie z tytułem owa parodia popu stara się być chwytliwa i przebojowa. Yesom było wolno trzaskać hiciory do radia i potupania nogą na progresywnych albumach. Królom Kwiatów zabronisz? Pioneers of Aviation i Touch My Heaven to z kolei chwila dla Tomasa Bodina w centrum jupiterów, jednak z mocno wyeksponowanym gitarowym rzeźbieniem Stolta (nie zapominajcie kto tu jest szefem). Unorthodox dancing lesson to pastisz jazz fusion, What if God is Alone podobnie jak "Hit Me" celuje w chwytliwość i przebojowość lecz już nie dla śmiechu, zresztą, od tamtej pory numer stał się wizytówką koncertów TFK (u boku nieśmiertelnej 3. części Stardust We Are) i nie było trasy na której chłopaki by go nie zagrali. Jak dla mnie można przyciąć długi refren,a i cringowy quasi-religijny tekst nigdy nie może mnie porwać. Ze słabszych momentów, to na pewno jako zakalec można zaliczyć utwór tytułowy. Taki blues rock Flower Kingsom jak dla mnie udał się w zasadzie tylko raz (Don't Let the D'Evil), tudzież kolejne próby w tę stylistykę: Sword of God, White Tuxedos, itd. mi nie podeszły zbytnio. Na deser, w utworze Blue Planet stanowiącym w pewnym sensie outro albumu, słyszymy jedną z nielicznych, jeśli nie jedyne autonawiązanie ("You're stuck in between Flower Kings and your dreams"). Nawet leciutko anty-klimaktyczny smaczek, nie powiem, ale przyjemny, i mimo wszystko, kolejna ironiczna zabawa konwencją w stylu Stolta.
Nie mogę nie wspomnieć o Markusie Lilliequiście, nowym po Zoltanie bębniarzu u TFK. Konkretna technika, wyczucie, groove, istny ludzki metronom ale jak dla mnie koło finezji Zoltana nie stał. Ale doceniam to że mimo sporego wyzwania jakim było wejście w buty Csörsza, Markus Lilliequist, jako zawodowiec, spisał się na medal, nawet jeśli bez hiperfajerwerków. Szkoda że Lilliequist nie zagrzał tu miejsca i po tournee promującym Paradox Hotel (udokumentowanym na DVD Instant Delivery i oficjalnym bootlegu Carpe Diem Live in USA), zespół pozostał bez stałego perkusisty. Na kolejny album studyjny 'The Sum of No Evil', gościnnie na nagrywki powrócił Zoltan Csörsz, a trasę koncertową promującą go zasilił Pat Mastelotto - również gościnnie (jednorazowo "z łapanki"). Różnice w interpretacji muzyki Flower Kingsów między Csörszem i Mastelotto zdarzają mi się czasem zgrzytać.
Krótko podsumowując powyższy wywód, Paradox Hotel to znakomity album. Jednakże nie jest to jeszcze peak Flower Kingsów. O nie. Gdy po wydaniu kolejnego albumu pt. The Sum of No Evil, w którym generalnie z perspektywy czasu można nawet i dostrzec coś w rodzaju post scriptum, domknięcie pewnej epoki w historii TFK, Szwedzi zanurzyli się w ~6 letnią muzyczną hibernację i mniemam że naładowali wtedy baterie. A mniemam tak bo w latach 2012 i 2013 wypuszczają, jak dla mnie, swoje dwa najwybitniejsze dzieła w karierze: Banks of Eden i Desolation Rose - creme de la creme. I wszystko byłoby na tip top, gdyby nie fakt że Tomas Bodin ma wypadek busa, w wyniku którego nasila się jego problem ze słuchem (tinnitus), i w związku z tym klawiszowiec musi zrezygnować z koncertowania i ogólnie obcowania z głośnymi dźwiękami. Gęste zobowiązania kontraktualne Foxtrot Music z Century Media stają wówczas na pękniętych postumentach, zatem Stolt podejmuje odważny (i nieunikniony) krok aby zawiesić zarówno ówczesne jak i planowane muzyczne współprace z Tomasem Bodinem. Obserwujemy więc zaskakujące roszady w jego projektach. W świeżo reaktywowanej Kaipie Da Capo na miejsce klawiszowca zasiada Max Lorentz. A zapowiadany nowy album The Flower Kings przepoczwarza się w solową płytę Stolta, którą marketingowy sztab Insideout Music próbuje opchnąć fanom jako twór pod nazwą "Roine Stolt's The Flower King: Manifesto of an Alchemist". Te wydarzenia stanowią dopiero preludium. Zalążek nowego rozdziału sagi Roine Stolta i muzycznej familii Flower Kingsów. Ale to inna historia.