ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 22.02 - Warszawa
- 23.02 - Kraków
- 22.02 - Wrocław
- 23.02 - Poznań
- 24.02 - Bydgoszcz
- 25.02 - Warszawa
- 23.02 - Częstochowa
- 24.02 - Łódź
- 01.03 - Wrocław
- 24.02 - Wrocław
- 25.02 - Chorzów
- 01.03 - Kraków
- 07.03 - Wschowa
- 08.03 - Zielona Góra
- 09.03 - Szczecin
- 10.03 - Gorzów
- 24.02 - Przybysławice
- 25.02 - Poznań
- 27.02 - Łódź
- 29.02 - Łódź
- 29.02 - Wrocław
- 01.03 - Gdańsk
- 01.03 - Sopot
- 01.03 - Bydgoszcz
- 08.03 - Kraków
- 08.03 - Gdynia
- 09.03 - Warszawa
- 10.03 - Przeciszów
- 09.03 - Kraków
- 10.03 - Lublin
 

wywiady

22.01.2014

„Gramy nad wyraz intymną muzykę” – wywiad z C.J. Boydem aka Kurva Choir

„Gramy nad wyraz intymną muzykę” – wywiad z C.J. Boydem aka Kurva Choir
O intymnych relacjach stricte muzycznych, artystycznej prostytucji, nagraniu z „włamaniem” w tle oraz podróżowaniu Jambulansem opowiada w udzielonej 13 listopada 2013 roku rozmowie zinowi ArtRock.pl C.J. Boyd, solista, basista, włóczęga i założyciel trzech powiązanych ze sobą organizmów muzycznych: The C.J. Boyd Sexxxtet, Kirtan Choir i Kurva Choir.

ArtRock.pl: Jak się okazuje, nie jest to Twoja pierwsza wizyta w Polsce i nie pierwszy koncert w Bydgoszczy?

C.J. Boyd: Zgadza się. To jest moje szóste tournée po Europie. W Bydgoszczy grałem do tej pory trzy razy, podobnie zresztą jak w Krakowie, Warszawie i Wrocławiu.

AR: Co uważasz za początek swojej kariery jako profesjonalnego muzyka?

C.J.: Hmm... Zawsze trudno określić jest początek czegokolwiek, w tym mojej kariery. Uważam, że w zasadzie nie ma początku. Wszystko rozwija się, wynika z poprzedniego stanu rzeczy. Nawet teraz trudno mi odpowiedzieć na Twoje pytanie, kiedy tak naprawdę stałem się profesjonalistą. Od czternastego roku życia z muzyką jestem za pan brat. Oczywiście, nie mogę powiedzieć, że będąc nastolatkiem byłem profesjonalistą. Tak samo, moje pierwsze nieudane tournée z 2001 roku wykazało zupełny brak profesjonalizmu z mojej strony. Wtedy nie wiedziałem chyba jeszcze, co robię. Jeździłem z miejsca na miejsce, grając, a tak naprawdę niewiele zarabiając. Od 2008 roku żyję wyłącznie z muzyki. Nie muszę podejmować żadnej innej pracy zarobkowej. Stąd uważam rok 2008 za właściwy początek mojej kariery. Lata 2001-2008 były dla mnie istotnie ważne. W roku 2001 ukazała się moja pierwsza płyta, a w 2008 postanowiłem poświęcić swoje życie całkowicie muzyce i występom na żywo. W owym okresie uczyłem się grać solo, podejmowałem pracę w różnych zespołach oraz zdobywałem doświadczenie sceniczne. Muszę zaznaczyć w tym miejscu, że spory wpływ na to, jak szybko nawiązywać kontakty z artystami z innych miast w celu podejmowania wspólnych koncertów czy też nagrań, miał międzynarodowy portal MySpace. Począwszy od 2004 mogłem za jego pośrednictwem dobierać sobie muzyków, z którymi mógłbym dzielić salę. Zresztą zawsze osobiście bukowałem wieczór na swój koncert.

AR: Przejdźmy teraz do twojego projektu Kurva Choir. Czy mógłbyś nam powiedzieć, skąd wzięła się jego nazwa?

C.J.: Pewnie. Jako że udzielam w obecnej chwili wywiadu polskiemu zinowi muzycznemu, można powiedzieć, że blisko mu [Kurva Choir] do polskiego wyrazu „kurwa”. Kurva, to jak po czesku pisze się polskie słowo „kurwa” z zachowaniem łacińskiego znaczenia i pochodzenia tego słowa. Kurva Choir jest próbą połączenia tego, co wulgarne i zmysłowe (Kurva) z tym, co święte i wspaniałe (Choir). Ponadto sądzę, iż bycie artystą muzykiem, do tego scenicznie czynnym, ma trochę wspólnego z najstarszym zawodem świata. Wszak to nie to samo, lecz paralela nasuwa się sama. Gramy nad wyraz intymną muzykę, a ludzie przychodzący na nasze koncerty i kupujący nasze płyty płacą nam, żebyśmy sprzedawali naszą duchową intymność. Bynajmniej nie narzekam, jednak dobrze jest pamiętać, że my, artyści, nie jesteśmy tylko kreatorami sztuki, jej twórcami, lecz także prostytutkami. Przynajmniej takie jest moje zdanie na ten temat. Być może moje koleżanki Molly i Dominique powiedzą Ci coś zupełnie innego.

AR: Być może, będę miał kiedyś okazję je o to zapytać. Popraw mnie, jeśli się mylę. Czy C.J. Boyd Sextet, którego niezwykle ekscytujący album, zatytułowany Fleur du Mal, zrecenzowałem w lipcu 2013 roku, rozpadł się i przekształcił w omawiany wcześniej Kurva Choir? Jeśli tak, to jaki sens miała zmiana nazwy zespołu?

C.J.: Tak właśnie było. To długa i skomplikowana historia. The C.J. Boyd [sekstet] był niejako jednorazowym pomysłem. Jego składowe są nadal obecne pod nazwą Kurva Choir, ale całość ma nieco inny kształt. Tak więc czasem mówię, że The C.J. Boyd Sextet rozpadł się i gram teraz pod zupełnie nowym szyldem, tyle że o podobnym co tenże estetycznym zamyśle. A innym razem znowu twierdzę, że zmieniła się tylko nazwa. The C.J. Boyd sextet uformował się w 2005 roku. Dopiero nieco później przyprawiliśmy sekstetowi dodatkowe iksy. Zamysłem zespołu było badanie związków pomiędzy muzyką a seksualnością. The C.J. Boyd był nie tylko zespołem, lecz przede wszystkim eksperymentem muzycznym w całym tego słowa znaczeniu. Wystartowałem z tym projektem z moją ówczesną partnerką, inspiratorką oraz współpracowniczką o imieniu Sarah. Gdy ostatecznie rozstaliśmy się, przestaliśmy ze sobą muzykować, zespół stał się bardziej otwarty na współpracę z muzykami z zewnątrz. Sześcioosobowy skład projektu – w myśl zasady „drzwi otwarte dla każdego” – rozrastał się nieustannie w latach 2006-2010 i osiągnął wówczas liczbę 50. członków. To było dyplomatyczne przedsięwzięcie. Tym, co również zaważyło nad zmianą nazwy grupy, była rosnąca rola wspólnej improwizacji. Do tej pory wszystkie nagrania komponowałem sam. Fleur du Mal, na przykład, jest bardzo ułożonym albumem z niewielką domieszką improwizacji. Wraz z rozrastaniem się bandu niełatwo było wymagać od niego zaplanowanej od A do Z kompozycji bez krzty swobody gry. Zresztą trudno się dziwić, skoro muzyka, którą tworzyliśmy, miała budzić erotyczne skojarzenia. W związku z tym należało więcej improwizować niż komponować. Wyobraźmy sobie, że idziemy z naszą ukochaną do łóżka w wiadomym celu, zaplanowawszy uprzednio w najmniejszych szczegółach cały akt płciowy. Czy takie zachowanie nie trąci faszyzmem lub przynajmniej neurotyzmem ze strony partnera? No właśnie... Dlatego grupa postanowiła skupić się na postawie wzajemnie zasłuchanych w sobie muzyków-kochanków. Mówię o tym dlatego, że istnieje dużo muzyki improwizowanej, z której wynika jedno: brak wzajemnego posłuchu. Dzięki swej nieokreślonej strukturze free improwizacja daje muzykom możliwość nieokiełznanej gry. Niestety często odbywa się to bez baczenia na to, co gra kolega/koleżanka z zespołu. Nie interesuje mnie taki sposób nagrywania muzyki. Improwizować znaczy tyle, co słuchać drugiej osoby. W przypadku The C.J. Boyd sextet improwizacja była odnoszeniem się do drugiej osoby, jak do kochanki, okazując jej wielką troskę, miłość czy łagodność. Przy takim podejściu do tworzenia muzyki stało się dla nas jasne, że najwyższa pora zmienić nazwę „The C.J. Boyd Sextet”, której używałem w latach, gdy byłem wyłącznym kompozytorem nagrań i ich aranżerem. Teraz okazała się ona niewłaściwa ze względu na egalitaryzm grupy. Nie byłem już „pępkiem” sekstetu, dlatego przyszedł czas na zmiany. Ponieważ w roku 2008 porzuciłem pomysł stałego zamieszkania i postanowiłem oddać się nieustannej podróży i grać koncerty w celach zarobkowych, więc sporego trudu wymagało ode mnie zawiązanie na stałe jednego zespołu. W końcu wymyśliłem dla nowego projektu nazwę Kirtan Choir. Kirtan jest pewnego rodzaju pobożną muzyką z Indii, swoistą mantrą, przy której soliści osiągają stan pełnej ekstazy, powtarzając imiona świętych oraz różne znaczące sylaby. Nie jestem religijną osobą, ale przemawia do mnie idea zmysłowego podniecenia, jakiego można doznać poprzez minimalistyczną repetycyjność. Wydaje mi się, że zmieniłem nazwę grupy w najbardziej odpowiedniej chwili, gdy jeszcze żaden z jej członków nie czuł pełnego zaangażowania w to, co robimy. Skład przecież zmieniał się z trasy na trasę czy nawet z koncertu na koncert. Zaczęło mnie to trochę męczyć i powziąłem decyzję o wszczęciu poszukiwań za oddanym partnerem do gry. Miałem to szczęście, że udało mi się „zatrudnić” Molly McDermott, którą pierwszy raz spotkałem podczas koncertu w Berlinie. Potem mój kontakt z Molly się urwał. Do ponownego spotkania doszło w stanie Waszyngton. Molly początkowo grała w Kirtan Choir, ale zdecydowaliśmy, że ponownie zmienimy nasze artystyczne logo, tym razem na coś bardziej elastycznego i konsekwentnego, jak Kurva Choir, oczywiście z zamysłem zachowania tych samych naszych ciągot muzycznych. Molly została przyjęta na równych prawach, co znaczy, że nie jest jedną z wielu osób przewijających się przez zespół. W odróżnieniu od Dominique Hamilton, która gra na Understory, i z którą wiele razy grywałem na trasach The C.J. Boyd Sextet, Kirtan Choir czy Kurva Choir, Molly nader często występuje u mojego boku, gdy gramy w duecie. Tak też będzie wyglądać zimowa trasa Kurva Choir.

AR: Chciałbym, żebyś opowiedział nam historię powstawania płyty Understory. Po kilkakrotnym odtworzeniu tejże słychać różnicę w brzmieniu, jaka ją dzieli od Fleur du Mal. Understory wydaje się ujarzmiać dziką bestię rozjuszoną zapachem Złego kwiatu. Czym się inspirowaliście?

C.J.: Jak już powiedziałem, są to dwie różne płyty, ponieważ nagrywali je rozmaici artyści, w różnych latach i okolicznościach. Fleur... to zaprawdę duża rzecz. Składa się na nią: czterech wiolonczelistów (Sarah, Erin, Casey i Carolyn), drugi poza mną basista (Nat Baldwin of The Dirty Projectors), perkusista (Enoch), pianista (Jamie), trębacz (Peter) i chórek wokalny w postaci nas wszystkich oraz dwóch innych wokalistów, Mandy i Davida. Fleur... ma siłę, ponieważ tyle się na niej dzieje, a aranżacji podjąłem się sam. Understory jest zupełnie innym albumem, bo za jego powstaniem stoją tylko trzy osoby: Molly, Dominique i ja. To czysta improwizacja, bez uprzednio rozpisanych na partyturze nut. A różnica pomiędzy Fleur... i Understory polega na artystycznym podejściu, a nie na tym, kto nas zainspirował.

AR: Rozumiem. Czy mógłbyś nieco przybliżyć nam miejsce, w którym nagrywaliście Understory? Gdzie zostały zrobione zdjęcia do okładki płyty?

C.J.: Niestety, nie zrobiliśmy żadnych zdjęć. [Zdjęcia zamieszczone w booklecie wydawnictwa pochodzą z okolicy kampusu – przyp. red.]. Sądzę, że znacznie lepiej się tego słucha, niż ogląda. To fragment kampusu Evergreen College, gdzie studiowała Molly. Będąc w trasie, Molly, Dom i ja chcieliśmy zarejestrować materiał na naszą nową płytę [Understory] w pierwszym wolnym terminie, tylko nie wiedzieliśmy, gdzie miałoby to mieć miejsce. Molly wpadła na pomysł, aby wykorzystać schody uczelni (sic!), ze względu na pogłos taki jak w kościele. Któregoś dnia poszliśmy tam razem i wypróbowaliśmy dźwięk. Urzekł nas. Miejsce z takim pogłosem, jak to, nie nadałoby się zupełnie do sesji nagraniowej muzyki rockowej czy czegoś o podobnym beacie, gdyż dźwięk odbijałby się bezładnie, powodując jeden wielki zgiełk. Jednak dla nas stanowił idealne odbicie naszych zamiarów. Nagrywanie partii smyczków w „pomieszczeniu” z TAKIM pogłosem było niezwykle przyjemne, bo pomagało nam się wzajemnie słyszeć co do najcichszego szmeru. Oczywiście, w ciągu dnia o żadnym nagrywaniu nie było mowy ze względu na kampus pełen krzątających się żaków. Dlatego pewnego wieczoru wróciliśmy nań i, znalazłszy niezamknięte jedne z drzwi, wślizgnęliśmy się do środka. Poniekąd można by to nazwać włamaniem, jednak żadnych potłuczonych szyb w oknach kampusu nie zostawiliśmy po sobie, stąd brak u mnie jakiegoś poczucia winy. Cała sesja nagraniowa trwała ledwie parę godzin, podczas których powstał cały album. Oczywiście cały następny tydzień poświęciliśmy na odłowienie tych najciekawszych dźwięków, by mogła powstać Understory. Pierwszy raz miałem też okazję być jednocześnie inżynierem dźwięku i osobą zasiadającą za stołem mikserskim. Naprawdę tylko trochę kłopotów sprawiło mi bycie inżynierem dźwięku i muzykiem jednocześnie. Wystarczy właściwie ustawić mikrofony i pozwolić muzyce płynąć naturalnym rytmem. Myślę, że udało mi się połączyć obie funkcje z dobrym skutkiem, skoro wszystko grało i niczego nie trzeba było poprawiać czy zmieniać.

AR: Okładka Fleur... ukazuje nagość sekstetu. Podobnie na rozkładówce ecopacku Kurva Choir Understory widzimy prawdopodobnie dwoje członków tria w stroju Adama i Ewy. Zapytam wprost. Co było powodem tego „obscenicznego” aktu? Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że nagość nie ma żadnego związku z zawartą na płycie muzyką, może poza wykorzystywaną przez Ciebie sugestywną techniką gry zwaną pizzicato.

C.J.: Po pierwsze, modelką, którą widzisz na zdjęciu rozkładanego wydawnictwa Understory, nie jest Molly ani Dominique, tylko Celine – moja dobra przyjaciółka. Zresztą została wymieniona z imienia na okładce płyty jako osoba odpowiedzialna za artwork. Poza tym przyznam się, że nigdy nie myślałem o tym w biblijnych kategoriach. Nie podoba mi się do końca historia Adama i Ewy. Zawsze wydawała mi się seksistowska. Jak również nie uważam żadnych ze zdjęć za nieodpowiednie. Staramy się tworzyć najpiękniejszą muzykę, jaką tylko nasza wyobraźnia może począć. Odzierając siebie z szat tworzymy najszczersze dźwięki. Moim zdaniem najpiękniejszą formą ludzkiej natury jest właśnie nagość, stąd taka a nie inna grafika została wykorzystana na Understory. W przypadku Fleur du Mal chcieliśmy wywołać pasję tożsamą z sypialnianym uniesieniem, natomiast nagrywając Understory nie czuje się już tego erotycznego zaangażowania. Całkowita otwartość, czułość i kruchość charakteryzują tę drugą produkcję.

AR: Dobra, zarzućmy wątek seksualności i nagości i porozmawiajmy przez chwilę o Twojej solowej płycie Aerial Roots. Czy muzyka na niej zamieszczona jest tak nieokreślona, jak piszesz na swoim artystycznym profilu? Co muzycznego i pozamuzycznego miało na nią wpływ?

C.J.: Przeciwnie, ona jest jak najbardziej określona, a ja mam swoje inspiracje, pewnie jest ich więcej, niż myślę. Muzycznych inspiracji dostarczają mi utwory takich kompozytorów jak Arvo Part, Philip Glass, Terry Riley, Steve Reich, a zwłaszcza Beethoven, który jest moim faworytem wśród klasyków. Pomimo że obecnie nie słucham dużo jazzu, to właśnie artyści w rodzaju Charliego Mingusa, Johna Coltrane'a i Billa Evansa ukształtowali mnie. Gdy stawiałem pierwsze kroki jako basista, co miało miejsce w okresie studiów na uniwersytecie, moimi muzycznymi guru byli Victor Wooten, Jaco Pastorius oraz Stanley Clarke. Zasadniczo wychowałem się na muzyce pop – Michael Jackson, Whitney Houston, Sade czy Joni Mitchell – czyli na tym wszystkim, czego słuchała moja mama, kiedy byłem bardzo młody. Świadome słuchanie muzyki, w moim przypadku, zaczęło się na początku lat 90-tych od sięgania po nagrania zespołów, święcących wtenczas największe triumfy, tj. Nirvanę, Pearl Jam, Red Hot Chilli Peppers czy Tool. Co więcej, moją uwagę zwracały zarówno gwiazdy hip hopu (Dr. Dre, Naughty By Nature, 2 Pac), jak również klasycy rocka (Jimi Hendrix, Led Zeppelin, Pink Floyd). Nie potrafię zaszufladkować muzyki, której obecnie słucham. Są to zjawiska jazzowe, choć nie do końca mają synkopowany charakter, jak Colin Stetson, który jest niezwykłym saksofonistą. Oczywiście, źródłem inspiracji był dla mnie tzw. post-rock lat 2000, choć nie uważam, że nazwa gatunku została szczęśliwie dobrana w przypadku takich zespołów jak Godspeed czy Silver Mt. Zion, które w rzeczy samej grają rocka, lecz zapewne nigdy nie przypuszczały, że to, co robią, przyjmie nazwę post-rock. Zresztą ów nurt ma coraz to nowych naśladowców, próbujących się wpisywać w jego stylistykę, co z czasem zaczyna człowieka najzwyczajniej nudzić. Wciąż jednak kocham pojawiające się oryginalne grupy muzyczne, a Constellation Records stała się moim ulubionym labelem, nie tylko pod względem dobrej polityki, jaką się kierują jej władze. Żywię wielki szacunek dla Iana i Dona, nadzorujących Constellation najlepiej, jak się da. Mówienie o inspiracjach sprawia mi nie lada kłopot, bo jest ich najzwyczajniej w świecie tak dużo. Wymieniwszy tylu inspirujących Cię muzyków, zawsze masz wrażenie, że kogoś pominąłeś. Nina Simone, Pat Metheny, Björk, wczesna Bossa Nova itd. Oraz ci, którzy mieli na moją sztukę pośredni wpływ: Moondog i Arthur Russel. Wpływów niemuzycznych jest tyle, że trudno je wszystkie zebrać w jednej składnej wypowiedzi. Ogólnie rzecz ujmując, są to: ludzkie ciało, czytanie poezji i filozofii, gapienie się na drzewa i góry, a także matka i ojciec i wiele rzeczy, których nie sposób nazwać z imienia.

AR: Czy mógłbyś zdradzić, jak Tobie podróżuje się po Europie i Stanach Twoim Jambulansem (co za nazwa dla pojazdu!) i gra koncerty? Chętnie dowiem się czegoś więcej na temat Twojego włóczęgowskiego stylu życia.

C.J.: Zazwyczaj przynajmniej kilka razy w tygodniu dziennikarze zadają mi to pytanie i nie ukrywam, że zawsze z niemałym trudem zabieram się do udzielenia odpowiedzi. Dla ludzi osiadłych w jednym, permanentnym miejscu mój tryb życia oparty na nieustającej włóczędze wydaje się raczej egzotyczny. Nie wiem, co powiedzieć, ponieważ dla mnie to nie pachnie w ogóle żadną egzotyką. To jak zapytać kobietę, jak to jest być kobietą? Albo jak zapytać Birmańczyka, Irańczyka, jak to jest być obywatelem jego kraju? Tak naprawdę jest to oryginalne tylko dla kogoś z zewnątrz. Dla mnie to chleb powszedni. Spróbuję jednak odpowiedzieć na Twoje pytanie. Decyzja przejścia w stan permanentnego tournée zdefiniowała moje całe życie. Ona przede wszystkim uprościła je w dużym stopniu. Będąc w nieustającej trasie koncertowej oznacza ciągłe paranie się rzemiosłem muzycznym i czerpanie z niego większych lub mniejszych korzyści. W USA oznacza to prowadzenie pojazdu, granie muzyki, przechadzanie się po znanych i nieznanych zakątkach miast, rozmowy z przyjaciółmi i nieznajomymi, oraz bukowanie koncertów. Wymienione czynności zajmują pewnie 90% mojego typowego dnia. Nie mam czasu na jego marnowanie. Robię jedynie to, co posuwa mnie do przodu, zupełnie jak przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Podróżowanie sprawia, że w drodze czuję się, jakbym był w domu. Z domem wiąże się wygoda i komfort, a nie posiadanie iluś metrów kwadratowych czy rezydowanie pod jakimś określonym numerem przez dłuższy czas. Miło jest po prostu natykać się na rozpoznawalne przedmioty oraz spotykać znajome twarze wokół siebie. Smutne natomiast jest to, że mój dom na kółkach – Jambulance, który służył mi pięć lat, w końcu wyzionął ducha. Strasznie za nim tęsknię. Dopiero teraz czuję się jak bezdomny. W Europie nie ma to istotnego znaczenia, bowiem podróżuję po niej pociągiem, lecz w USA nie jest już tak dobrze, nie jesteś w stanie zdać się na jeden konkretny środek transportu. Odbyłem, na przykład, trzymiesięczną trasę z grupą o nazwie Cairo. Jeden z jej członków miał vana, który posłużył za środek transportu. Gdy wróciliśmy do Stanów, Kurva Choir ruszyło w trasę samochodem Molly, po czym ja odbyłem własną, podróżując ciężarówką przyjaciółki. Koniec końców, będę musiał rozglądnąć się za jakimiś czterema kółkami, gdyż dłużej się tak nie da, linie kolejowe nie są tu tak dobrze rozwinięte jak na Starym Kontynencie. Ponieważ obecnie nie stać mnie na vana, gdyż starcza mi jedynie na bilet kolejowy, muszę zdać się na rzecz, która zgoła nie jest mi wcale obca, czyli improwizację, tę samą, jakiej wymaga ode mnie każde kolejne tournée, jakiego się podejmuję.

AR: Być może zechcesz zdradzić jakieś ciekawe szczegóły ze swojej obecnej trasy po Belgii? I powiedz, proszę, jak to się stało, że w ogóle doszło do Twojego, jak dotąd jedynego, koncertu w Polsce w bydgoskim klubie Mózg?

C.J.: Ostatnie koncerty w Belgii zagrałem wraz z grupą o nazwie Rhonya. To były zaiste zabawne występy. Zarówno Cairo, jak i Rhonya stanowią dwa odrębne projekty i bardzo różne od mojej solowej twórczości czy tego, co możecie usłyszeć na płycie Kurva Choir. Oba ciążą ku cięższym i głośniejszym brzmieniom. Od lat tworzę muzykę o intymnym charakterze, która z założenia ma być kameralna i wyciszona. Nadal ubóstwiam nagrywać płyty z tego rodzaju muzyką, co oczywiście nie wyklucza możliwości stworzenia czegoś o większym ciężarze gatunkowym czy też o większej sile rażenia. Lubię taki ostry kontrast, jaki występuje pomiędzy oboma projektami: Kurva Choir i Rhonya. W przypadku tego drugiego chodzi tylko o grę, a nie o intymność w grze.
Jeśli chodzi o Bydgoszcz, nie pamiętam szczegółów. Wiem tylko, że po raz pierwszy wystąpiłem tu cztery lub pięć lat temu. Ktoś z Warszawy musiał polecić mi ten klub i zaraz skontaktowałem się z nimi. Nie pamiętam już, kto to był. Tym razem gram w ramach festiwalu „Supersam”, podczas którego występują zwykle zespoły grające muzykę eksperymentalną. Mózg jest miejscem zarządzanym przez miłych i otwartych ludzi, którzy kochają muzykę „z marginesu”, nieważne czy jest to punk rock, free jazz czy jeszcze inny diabeł. Cieszę się, że znowu tam zagram.

AR: Na koniec naszej rozmowy może chciałbyś powiedzieć coś naszym Czytelnikom?

C.J.: Przede wszystkim chcę podziękować Ci za ten wywiad. Nie mam nic więcej do dodania poza serdecznym „dziękuję!”. Dziękuję Tobie, Tomku, za zorganizowanie naszej rozmowy i ludziom, którzy zechcą ją przeczytać, gdy zostanie ona już opublikowana na stronie ArtRocka. Wiosną ponownie zawitam do Europy, być może uda mi się zagrać więcej niż jeden koncert w Polsce. Mam przynajmniej taką nadzieję. Już nie mogę się doczekać.

AR: Dziękuję za miłe słowa i długi jak rzeka wywiad. Życzę Ci samych sukcesów oraz większego otwarcia się na Twoją muzykę ze strony polskich organizatorów.

Rozmawiał Tomasz Ostafiński