ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 28.11 - Wrocław
- 30.11 - Warszawa
- 01.12 - Wrocław
- 02.12 - Sosnowiec
- 03.12 - Kraków
- 08.12 - Gdańsk
- 09.12 - Elbląg
- 02.12 - Kraków
- 03.12 - Warszawa
- 03.12 - Kraków
- 03.12 - Leszno
- 05.12 - Warszawa
- 05.12 - Gliwice
- 06.12 - Kraków
- 09.12 - Kraków
- 10.12 - Kraków
- 10.12 - Kraków
- 11.12 - Kraków
- 14.12 - Gliwice
- 27.12 - Kraków
- 23.01 - Warszawa
- 24.01 - Warszawa
 

wywiady

24.07.2010

O Porkach, festiwalach i (nie)starzeniu się – wywiad z Richardem Barbierim

O Porkach, festiwalach i (nie)starzeniu się – wywiad z Richardem Barbierim Wyczerpany po długiej, słonecznej podróży w najcieplejszy dzień roku, dotarłem do Klubu Wytwórnia w Łodzi, w którym kilka godzin później koncert miało dać Porcupine Tree. Mój rozmówca w okularach dał mi chwilkę na ochłonięcie, a później uprzejmy i wyluzowany odpowiadał na moje pytania… ze swoim enigmatycznym uśmiechem.

ArtRock.PL: Skończyły się mistrzostwa świata w RPA. Jakie wrażenia?


Richard Barbieri: Bardzo dziwne mistrzostwa. Bolesne i niezadowalające dla dwóch drużyn, którym kibicowałem, czyli Anglii i Włochom. W moich żyłach płynie włoska krew. Obie drużyny wypadły koszmarnie. Później myślałem, że Argentyna sobie poradzi… W sumie ciągle zdarzały się dziwne wyniki. W finale życzyłem Holandii, ale zmieniłem zdanie kiedy zobaczyłem ich mecz, ponieważ grali haniebnie. Dlatego życzyłem Hiszpanii. Byłem naprawdę zaskoczony postawą Holendrów. Uwielbiam ten kraj i wszystko z nim związane, ale nie rozumiem dlaczego tak zagrali.


AR: A teraz Porcupine Tree gra koncerty. Jakie wrażenia do tej pory?


RB: Bardzo dobre. Jest inaczej i to raczej nie jest trasa. Większość miejsc to festiwale, więc wiele w tym wyjeżdżania na weekend i wracania do domu. Graliśmy w nietypowych miejscach, na przykład byliśmy w Izraelu na jednym koncercie. Niestety oznacza to dużo męczącego podróżowania. Na normalnej trasie, jeżdżąc cały czas autobusem, budzisz się następnego dnia w miejscu kolejnego koncertu, wysypiasz i po jakimś czasie przyzwyczajasz do tego. Teraz jest ciężej, mamy bardzo długie trasy do przejechania.


AR: I ta pogoda…


RB: No właśnie. Jeszcze pogoda.


AR: Pomyślałbyś, że kiedyś Porcupine Tree będzie grało na festiwalach?


RB: Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek będę grał na festiwalach. Nie uważałem też, że jest to częścią tego, co robimy. Ale zagraliśmy kilka i wypadły naprawdę przyzwoicie. Zwłaszcza Roskilde Festival, belgijski… Również wczoraj było dobrze.


AR: W Ostrawie, tak?


RB: Tak. Festiwale są ważne, ponieważ grasz dla wielu ludzi i nie są oni twoimi fanami. Masz ich pewnie tylko z przodu widowni, a za nimi jest 6 tysięcy osób. To wyzwanie. Masz nadzieję, że przekonasz ich do tego, co robisz. Może coś polubią i zainteresują się zespołem? Graliśmy na kilku metalowych festiwalach i nie mieliśmy wielkiej interakcji z widownią. Niektóre zespoły wychodzą i robią wszystko to, czego chcą widzowie. Klaskanie, mów to, mów tamto i cała publika się dołącza. To naprawdę łatwe, ale my nie jesteśmy formacją takiego typu. Więc nie robimy show, ale myślę, że po koncercie ludzie mogą pomyśleć: „ten zespół był inny”.


AR: Nawiązując do show, kiedyś przeczytałem w jakimś magazynie takie zdanie: „Richard Barbieri – przeciwieństwo Stevena Wilsona”. Zawsze gdzieś tam z tyłu, za okularami…


RB: (śmiech) Tak, w zespole zdecydowanie. Mamy w nim swoje role i plany. Nie czułbym się komfortowo na środku sceny. Nie lubię przykuwać uwagi, nigdy mnie to nie interesowało. Lubię być z tyłu, ale lubię też być szanowany za to, co robię i słuchany. Wszyscy robimy swoje, ale na scenie jesteśmy równi. Co do tego przeciwieństwa… Nie wiem. Ludzie w wywiadach często mówią „Steven powiedział coś tam. Co o tym myślisz?”, a ja powiem coś przeciwnego, bo tak czuję. Mamy inne poglądy, jesteśmy zupełnie inni, ale mamy też wiele wspólnych cech. (śmiech) Inaczej nie dałoby się pracować razem tak długo.


AR: Ciągle jakoś wam te albumy wychodzą. The Incident przypadło mi do gustu, chociaż przyznam szczerze, że musiałem się do niego długo przekonywać.


RB: Wiele osób miało takie same odczucia, co ty. Słuchacze są bardzo podzieleni. Niektórzy uważają, że jest to jedna z najlepszych płyt w naszej karierze, inni zupełnie jej nie lubią. Ale chyba każdy musiał posłuchać jej kilka razy. Myślę, że nie jest to łatwa rzecz. Przez konstrukcję. Myślisz, że słuchasz piosenki i oczekujesz pojawienia się refrenu jeszcze raz, a tu nagle się kończy i przechodzi w coś innego, przykładowo jakiś ambientowy utwór. Potem pojawia się coś ciężkiego. Dla nas to wszystko płynie, ale nie da się słuchać tego w normalny sposób, gdyż klimat zmienia się bardzo szybko i nie jest to zbieranina piosenek. Po prostu wymagająca płyta.


AR: Duży był w niej twój udział?


RB: Są dwa rodzaje pracy w Porcupine Tree. Jeden to pisanie utworów przez Stevena i przynoszenie nam do zaaranżowania. Drugi to pracowanie razem. Idziemy do studia na kilka tygodni i pracujemy razem nad czyimiś pomysłami. Podczas tych sesji powstaje równorzędny materiał.


AR: Tak powstało na przykład Halo…


RB: Takiego materiału jest więcej, niż ludzie myślą. Cała druga i niektóre kawałki pierwszej płyty „The Incident” powstały w samym studiu. Wcześniej, tak jak wspominałeś, Halo, sporo Way Out of Here i wiele innych naszych utworów.


AR: Porcupine Tree początkowo było solowym projektem Steve’a, który wkrótce przerodził się w psychodeliczny zespół. Następnie eksploatowaliście bardziej popową stronę muzyki rockowej („Stupid Dream”, „In Absentia”), aż w końcu zwróciliście się w stronę metalu. Jak to jest musieć ciągle nadążać za Wilsonem?


RB: Nie tak strasznie. Grałem wiele różnych stylów muzyki przez lata i nie zmieniam wcale swojej gry. Bardzo lubię zmiany, lubię grać zróżnicowaną muzykę. W Porcupine Tree co jakiś czas zdarza się wielka zmiana. Myślę, że kolejna taka nastąpi wraz z następnym albumem, gdyż ostatnie trzy, chociaż bardzo od siebie różne, można bardzo łatwo przypisać do pewnego obszaru. Pogrupować można tak ze sobą „Lightbulb Sun” i „Stupid Dream”, wcześniejsze progresywno-psychodeliczne rzeczy, jak „The Sky Moves Sideways”. Myślę, że jesteśmy teraz gotowi odkrywać nowe obszary wraz z kolejnym albumem.


AR: I pewnie każdy obszar różni się od innych pod względem grania na żywo.


RB: Tak! To przyjemne, kiedy pierwszy raz gra się nowy materiał na scenie. Przeznaczasz dwa miesiące na doskonalenie go. Szukasz najlepszego sposobu wykonania, znajdujesz łatwiejsze sposoby, zmieniasz aranżacje. A potem produkujesz go na nowo. Jedziesz w trasę i chcesz, żeby ludzie posłuchali i zobaczyli ten materiał, ale już wcześniej udoskonaliłeś wykonanie. Zawsze może brzmieć trochę inaczej.


AR: Może to wyjaśnia pewien ewenement… Mój przyjaciel mówił mi, że kiedy bywał na koncertach Porcupine Tree promujących albumy, których nie lubił - wychodził zadowolony, a kiedy wybierał się na korcerty po albumach, które lubił – nie podobało mu się.


RB: W Porcupine Tree mamy bardzo dużo materiału. Dlatego zawsze znajduje się ktoś rozczarowany, że nie graliśmy czegoś.


AR: Tak też może być z nowym DVD, Anesthetize, gdzie nie ma wielu waszych koncertowych perełek. Ale moim zdaniem wybroniliście się.


RB: Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego albumu.


AR: Odejdźmy trochę od tematów porcupine’owych. Rok temu rozmawiałem ze Stevem Hogarthem. Mówił mi, że szykujecie wspólny album i od tamtego czasu cisza…


RB: Próbujemy. To ja rozkręcałem ten temat. Napisałem chyba 10 utworów w święta i dałem Steve’owi, żeby zrobił selekcję. Nie wiem jak szybko będzie wszystko się działo. Mam nadzieję, że znajdziemy czas w przyszłym roku. Ja znajdę na pewno, on będzie musiał to jakoś pogodzić z Marillion. Byłoby cudownie nagrać z nim album. To będzie świetna zabawa.


AR: Współpracowałeś już wcześniej z wieloma muzykami. Byłeś w Japan, pamiętam też pewną, moim zdaniem zapomnianą już płytę z Timem Bownessem z No-Mana („Flame”)…


RB: Staramy się odzyskać ją od pierwotnej wytwórni, żeby wydać w przyszłości reedycję. Wiele osób chciałoby jej posłuchać. Wydaje mi się, że to przez ludzi, którzy ostatnio powiększyli bazę fanów No-Mana i Porcupine Tree.


AR: Podobno nie lubisz pracować samemu.


RB: Nie lubię tego. Uważam, że o wiele ciekawsze jest to, co robię w kontekście innych muzyków. No i bardzo lubię współpracować z innymi, gdyż zawsze pojawia się jakiś odzew z ich strony. Nie kręci mnie wypełnianie albumów samym mną. Mógłbym zrobić coś takiego i być może byłbym z tego zadowolony, ale nie ma w tym żadnej duchowej radości.


AR: Czytałem na twojej stronie o kiepskim stanie zdrowotnym Micka Karna.


RB: Tak, jest bardzo chory. Ściągnęliśmy go z powrotem do Londynu, gdyż mieszkał na Cyprze. Wiele bardzo miłych ludzi przekazało nam pieniądze i może teraz mieszkać blisko szpitala. Czuje się lepiej, ale, szczerze mówiąc, nie wygląda to za dobrze.


AR: Również Porcupine Tree zorganizowało zbiórkę.


RB: Tak. Można pobrać nasz, zarejestrowany w bardzo wysokim standardzie, występ w Atlancie. Początkowo nagranie miało się znaleźć na DVD, ale tak się nie stało. Teraz można je pobrać, a cały dochód wędruje do Micka Karna, żeby mu pomóc w leczeniu i jego rodzinie w najbliższych miesiącach. Na stronie burningshed, albo oficjalnej Porcupine Tree.


(oto link: http://www.burningshed.com/store/porcupinetree/product/169/2213/)


AR: A kiedy będziemy mogli posłuchać twojego nowego solowego albumu?


RB: Nie myślałem jeszcze o tym, ale mam inną informację. Wytwórnia płytowa chce wydać reedycję mojego pierwszego albumu solowego, „Things Buried”, z bonusowym CD zawierającym materiał, który teraz komponuję. Więc w sumie jest to nowa płyta wraz ze starą. Nie jest to sposób, w jaki zwykle pracuję, ale zgodziłem się tym razem. Myślę, że wśród bonusów znajdzie się też trochę utworów live. Zobaczymy.


AR: Powróćmy do koncertów. Chciałbym zapytać o małą ciekawostkę, która przykuwa uwagę. Otóż grasz na klawiszach firmy Roland i podczas koncertów w Polsce zaklejasz część litery R, żeby wyszło Poland.


RB: Tak, to był mój pomysł.


AR: Miły gest.


RB: Zawsze tak robię.


AR: Eddie Jobson na polskich koncertach UK miał tak samo.


RB: (śmiech) Może nie jest to oryginalny pomysł, ale bardzo łatwy do wykonania.


AR: Wielu muzyków mówi, że Polska jest jednym z najlepszych miejsc do grania koncertów. W końcu wydaliście koncertowy album „Warszawa”. Wciąż nasz kraj jest wyjątkowy?


RB: Polska była jednym z pierwszych krajów, które zainteresowały się Porcupine Tree. Mamy wielki sentyment do Polski, tak samo jak do Włoch i Holandii. To były prawdopodobnie trzy pierwsze kraje, w których zespół stał się popularny. Tam też graliśmy już duże koncerty, podczas gdy w innych częściach Europy nikt nas nie znał. Więc tak, to dla nas wciąż bardzo specjalne miejsce. Nie wiem jak u was z fanami, czy zyskujemy nowych. Na pewno w Holandii, ale we Włoszech raczej już nie przybywa.


AR: Myślę, że przybywa. Zadziwia mnie ile osób zna nazwę Porcupine Tree.


RB: Aaa… OK.


AR: Mnóstwo ludzi zna Trains, Blackest Eyes, te najpopularniejsze rzeczy.


RB: Są pewne utwory, które ludzie bardzo lubią, a nasi hardkorowi fani mają już ich dosyć i nie chcą, żebyśmy grali je na żywo. Chcieliby usłyszeć jakieś rarytasy, a już najchętniej ułożyliby własną setlistę. Ale to jest mniejszość. Kiedy grasz dla… 3000, 4000 osób, to pewnie takich hardkorów, którzy nie chcą usłyszeć Blackest Eyes jest najwyżej 20-30. Ogólnie ludzie chcą usłyszeć przekrojowy występ.


AR: Trzeba się w to jakoś wstrzelić.


RB: We wrześniu i październiku damy kilka specjalnych koncertów. W Radio City Music Hall i Nowym Jorku. Będą to specjalne, ponad trzygodzinne występy. Zagramy tam trochę inny materiał, od dawna nie grany już przez nas. Myślę, że to usatysfakcjonuje tych ludzi, którzy tęsknią za starymi nagraniami.


AR: Na ostatniej trasie skupiliście się na nowych rzeczach. Zagraliście całą suitę „The Incident”.


RB: Tak. Potem mieliśmy nawet pomysł na trzecią część setu, czyli byłyby to występy podzielone na trzy części.


AR: Nie obawialiście się, że znudzicie ludzi tym Incydentem? Wszyscy chcą już klaskać i tak dalej, a tu nie można jeszcze.


RB: Tak! Ja znudziłbym się na pewno! (śmiech) I to bardzo. Gdybym miał być na widowni… (śmiech) Lubię chodzić na koncerty, ale już po 30-40 minutach mam dosyć.


AR: To może czas na trochę luźniejsze, bardziej osobiste pytanie. Zawsze kiedy widzę promocyjne zdjęcia zespołu, zadziwia mnie to, że Richard Barbieri nie wygląda wcale na starszego od reszty. Jak ty to robisz? Steven jest z…


RB: 1967 roku.


AR: Tak, rocznik „Sgt. Pepper”.


RB: A ja jestem z 1957. To rocznik… Nie wiem. Chyba jakichś piosenek Presleya. (śmiech) Nie myślę o tym. Cieszę się graniem muzyki. Gram też w tenisa, jestem całkiem aktywny. Uważam, że moja generacja nie czuje się wcale jak starzy ludzie. Pokolenie naszych dziadków już w wieku pięćdziesięciu lat zaczynało nosić inne ubrania… wiesz, takie dla starszych ludzi. (śmiech) Myślę, że dzisiaj możesz mieć 90 lat i ciągle nosić koszulkę Motorhead i dżinsy.


AR: I nie czuć się staro.


RB: Właśnie.


AR: Nigdy nie miałem koszulki Motorhead.


RB: Ja też nie.


AR: Śmieszna rzecz z koszulkami Motorhead jest taka, że wiele osób je nosi, chociaż nigdy nie słuchało tego zespołu.


RB: Możesz pójść do sklepów w Anglii i je kupić. Małe dzieci je kupują, chociaż nie znają zespołu. Po prostu podoba im się ten styl.


AR: Porcupine Tree musi taką wymyślić.


RB: Wymyślamy. Niestety nie mamy żadnego loga, a na nie jest już za późno. Trzeba mieć dobry pomysł. Często najprostsze są najlepsze. (śmiech)


AR: Ale macie nadwornych, zespołowych fotografów.


RB: Mamy ludzi pracujących dla nas z fantastycznymi pomysłami. Lasse Hoile ma prawie status członka zespołu i robi naprawdę fantastyczne rzeczy.


AR: Były też pewne plany zrobienia filmu na bazie albumu „Deadwing”.


RB: Tak, to Steven i jego pomysł. Album był na podstawie scenariusza, który napisał. Historia o duchu. Miał nadzieję, że ktoś się zainteresuje tym. Na razie to się nie stało, ale jestem pewny, że kiedyś będzie jeszcze coś chciał z tym zrobić.


AR: Ale teraz czas na przerwę od Porcupine Tree.


RB: Rok przerwy, którego potrzebujemy. Myślę, że ten zespół wciąż istnieje i funkcjonuje tak dobrze, ponieważ mamy takie przerwy. Steven będzie robił teraz wiele innych rzeczy. Pewnie będzie chciał wydać drugi solowy album i zabrać go w trasę koncertową. Wydaje mi się, że planuje też nowy album No-Mana, Blackfield. Robi chyba coś z Mikaelem z Opeth (Akerfeldem – przy. red.).


AR: Rok temu mówił, że zagrać na żywo solowy materiał to jego wielkie marzenie.


RB: Tak, jest tym bardzo podekscytowany. To ważne, że ma wolność, żeby to zrobić. To dobre dla Porcupine Tree. Powrócimy ze świeżością, żeby znowu grać.


AR: A co ty będziesz robił?


RB: To, o czym mówiliśmy. Najpierw reedycja pierwszego solowego albumu, później postaram się popracować ze Stevem Hogarthem. A dalej? Nie wiem. Na tę chwilę chcę tylko wrócić do studia i być więcej w domu. Każdemu z nas trudno wyjeżdżać. Zwłaszcza Colinowi (Edwinowi – przyp. red.), który ma trójkę dzieci.


AR: Czego życzyć tobie na przyszłość?


RB: Moje życzenie? Wolę życzenia dla innych. Nie chcę zgrywać świętego (śmiech), ale zawsze więcej radości przynosi mi czyjeś szczęście. Wolę dawać prezenty, niż dostawać, słuchać, że komuś dobrze się wiedzie.


AR: No to na zakończenie mały prezencik dla czytelników. Słówko dla nich na koniec.


RB: Mam nadzieję, że będą dzisiaj na koncercie. Poza tym chciałbym powiedzieć, że… Powrócimy. Trzeba będzie trochę poczekać, ale powrócimy. Mam nadzieję, że nowy album będzie krokiem naprzód. Zrobić coś innego, poeksperymentować i znów wyjechać w trasę. Może niech to będzie życzenie dla zespołu Ale łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Nawet teraz po tylu latach będzie to wyzwanie.


[rozmawiał Roman Walczak]


Wielkie podziękowania dla Piotra Kosińskiego, który uchronił mnie na trochę przed prażącym słońcem…
 

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2022 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.