W czerwcu tego roku ukazała się druga płyta tej formacji i niedawno mogliśmy obejrzeć na żywo w Polsce trochę materiału z tej nowej, jak i starszej, pierwszej płyty na koncertach. Niestety Luis Fazendeiro nie pojawił się na występach u nas, a szkoda.
Sleeping Pulse to wspólny projekt Micka Mossa i Luisa Fazendeiro. Micka Mossa raczej przedstawić nie trzeba a Luis Fazendeiro to gitarzysta mało znanego portugalskiego zespołu Painted Black. Planowałem napisać parę zdań o nowej płycie, ale skoro pierwsza nie doczekała się tutaj recenzji, to może lepiej zrobić to chronologicznie.
Pierwsze dzieło obu panów ukazało się w 2014r. To 10 utworów i 55 minut muzyki. Od pierwszych dźwięków rozpoczynającego płytę „Parasite" już wiem, że będzie dobrze. Dużo się dzieje w tym utworze, dużo dźwięków, fajne instrumenty perkusyjne i świetny refren. Trochę ostrzejsza gitara pod koniec i ostrzej zaśpiewał Mick. Jenny O'Connor wspomaga Micka w refrenach, brzmi to świetnie. Dobry utwór na początek, jeden z moich ulubionych na płycie.
Drugi „Gagging Order" charakteryzuje się ostrzejszym refrenem z fajną gitarą, zwrotki spokojniejsze, ciekawa partia perkusji. Kolejny „Backfire" rozpoczyna spokojna gitara i spokojny śpiew Micka, pojawiają się też smyczki. To kwartet smyczkowy nam tak pięknie tutaj gra. Ponownie pod koniec mamy ostrzejszą gitarę. To całkiem udany utwór.
Czwarty „The Puppeteer" to kolejny z moich ulubionych utworów na tej płycie. Perkusja i spokojne dźwięki gitary otwierają ten kawałek, potem dochodzi wyrazisty bas i Mick zaczyna śpiewać. Refren jest świetny i zapada w pamięć. Pod koniec wokalizą pomaga Mickowi Jenny O'Connor. Bardzo ładnie brzmi tu gitara. W następnym „Foreign Body" ponownie mamy ostrzejszy refren, są też smyczki, przetworzony głos Micka na początku, takie echo.
„The Blind Lead The Blind" to następny z moich ulubionych utworów na tej płycie. Fortepianowe brzmienia i głos Micka na początku, potem dochodzi gitara, smyczki. Jest klimat, jest pięknie. Świetna perkusja, ciekawa solówka gitarowa pod koniec. Jenny O'Connor też się tu pojawia.
Kolejny „Painted Rust" to dużo melodyjnej gitary, ponownie przetworzony głos Micka, pod koniec ciekawa partia gitary wprowadzająca niepokój. Trochę dźwięków zbliżonych do macierzystej formacji Luisa możemy usłyszeć w „Noose", tu gitara jest najostrzejsza ze wszystkich utworów na płycie. To bardzo energetyczny kawałek.
Kolejny „War" rozpoczyna się spokojnie, gitara, jakieś plumkanie, zbolały głos Micka. Dalej mamy mocniejszy refren i ładne solo gitarowe. Kończący tytułowy utwór, to troszkę ponad 2 minuty muzyki. Fortepian, smyczki, spokojna gitara w tle. To bardzo spokojne zakończenie tej płyty.
Różne źródła podają, że panowie tworzyli ten album na odległość, każdy u siebie. Tak czy owak efekt tej współpracy jest bardzo dobry. Luis odpowiedzialny jest za muzykę a Mick za teksty. W książeczce mamy dokładnie opisane kto na czym gra i za co był odpowiedzialny, tak lubię. Całość brzmi bardzo dobrze, ładna przestrzeń, dużo ścieżek, wszystko pięknie słychać. Produkcja zasłużyła na duży plus.
Teksty na tej płycie są niezbyt optymistyczne. Toksyczne relacje,ból, manipulacje emocjami, cierpienie, żal, rezygnacja, rozpacz, autodestrukcja, to nic nowego u Micka ale za to go kochamy.
Nie wiem jak inni ale ja usłyszałem na tym wydawnictwie echa tej portugalskiej tęsknoty, którą można usłyszeć w fado. A może to tylko coś mi się ubzdurało? Antimatter, Katatonia, Dead Can Dance, czasami nawet Moonspell takie mi skojarzenia pojawiały się podczas słuchania tej płyty. To jedna z tych płyt, które potrafią człowieka zdołować, ale za to w jaki piękny sposób. Bardzo to udany projekt i bardzo udana płyta.