Miles Davis, choć nie żyje od blisko 35 lat, to w historii jazzu, muzyki i kultury zapisał się na trwałe. Dzięki swemu nastawieniu do życia i twórczości stał się ikoniczny i nieśmiertelny, tak że i w 100 lat, jakie upływa od jego narodzin, na przeróżne sposoby wspominany i fetowany jest na całym świecie.
Z okazji setnej rocznicy urodzin Milesa Davisa sprawdziłem w polu wyszukiwania, ile razy w jego kilkusetstronicowej autobiografii pada słowo „hundred”. Wyszło, że tylko 7.
Po raz pierwszy wyraz ten pojawia się, gdy w rozdziale pierwszym Miles wspomniał swojego dziadka, Milesa Deweya Davisa I, który był dobrym księgowym. Pracując dla białych, dorobił się i na przełomie XIX i XX wieku nabył 500 akrów ziemi (five hundred acres) w stanie Arkansas. Długo nie nacieszył się tym swoim około 200-hektarowym majątkiem, albowiem biali sąsiedzi, dla których wcześniej prowadził sprawy finansowe, z powodu zawiści i uprzedzeń rasowych przegnali go z własnej ziemi, uznawszy, iż czarny nie może być im równy i tak samo dobrze, jak im, jeśli nie lepiej, nie może mu się powodzić.
Po raz wtóry „hundred” występuje w rozdziale drugim, kiedy Davis napisał o zakupieniu w latach czterdziestych przez ojca, dyplomowanego dentystę Milesa Deweya Davisa II, 300-akrowego gospodarstwa (three-hundred-acre farm) w Millstadt w stanie Illinois. Przyspieszyło to separację rodziców, bowiem matka Milesa, Cleota Henry Davis, nie chciała żyć na wsi, na której jego ojciec, podobnie jak i dziadek, czuł się bardzo dobrze. Podobało się tam zresztą i Milesowi – jeździł sobie konno, mieszkał w eleganckim domu w stylu kolonialnym, miał ciszę i spokój, dużo przestrzeni i pięknej roślinności wokół. Chętnie na farmę ojca przyjeżdżał i tam też w latach pięćdziesiątych poradził sobie z nałogiem heroinowym, zamknąwszy się w domku dla gości na jakieś 7 czy 8 tygodni.
Trzeci raz sprawdzone słowo pada w czwartym rozdziale, w opisie gabarytów Theloniousa Monka. Jak zapisał Trębacz, oczywiście nie przebierając w słowach, ów ceniony przezeń pianista „To był kawał skurwysyna, 6 stóp 2 cale wzrostu, a ważył ze 200 funtów” (over two hundred pounds)[1]. Oznacza to, iż przy wadze ponad 90 kilogramów mierzył Monk jakieś 188 cm, a więc znacznie więcej niż drobny i szczupły, ważący ponad 60 kilo Miles Dewey Davis III, który miał 5 stóp i 6,5 cala, to jest jakieś 169 cm wzrostu. Przy okazji Miles wspomniał, że opowiadano bzdury o rzekomej bójce pomiędzy nim a Monkiem, do jakiej miało dojść na tle muzycznym, co było nieprawdą, gdyż bardzo dobrze rozumieli się i Davis nie był samobójcą, tak że nie biłby się z kimś, kto, jak to ujął, „gdyby tylko chciał, to by ze mnie zrobił marmoladę”. Monk zresztą „miał wprawdzie wielką masę i groźny wygląd, ale był człowiekiem na wskroś delikatnym, spokojnym i miłym, pięknym, niemal pogodnym”. O Monku więcej można dowiedzieć się nie tylko z autobiografii Dark Magusa, ale też m.in. z książki Hannah Rotschild Baronowa jazzu, poświęconej Pannonice de Koenigswarter de domo Rotschild, która była mecenaską jazzu i wspierała wybitnych jazzmanów, takich jak Monk czy saksofonista Charlie „Bird” Parker, u boku którego w latach czterdziestych Davis rozpoczynał swą wielką karierę, a który w wieku niespełna 35 lat zmarł w pokoju hotelowym (Panno)Niki w 1955 roku.
Właśnie przy okazji Parkera natrafia się w piątym rozdziale na czwarty przykład użycia poszukiwanego wyrazu w Davisowej autobiografii. Mowa tam o zespole jednego z wczesnych guru Milesa, trębacza Dizzy Gillespiego, u którego grał i Davis, i Parker, który zażywał tyle narkotyków, że nie można było na nim polegać, również w trakcie występów, podczas których „Bird” potrafił tak dalece odfrunąć, że publika poczynała sobie z niego dworować. Uderzało to w wizerunek kapeli Gillespiego, toteż postanowił on wyrzucić z zespołu dobrze opłacanego i sprawiającego kłopoty Parkera, mimo że np. Miles namawiał Dizzy’ego, by pozostawił w zespole saksofonistę i po prostu zaczął płacić mu mniej, tak ze 100 dolarów tygodniowo (a hundred dollars a week). Wstawiennictwo nie pomogło i Charlie z zespołu wyleciał.
Piąty raz seta pada po przewertowaniu bądź przewinięciu ponad – uwaga – 100 stron, w rozdziale dziesiątym. Wspomniał tam Davis, przez całe życie kobieciarz, jak to w połowie lat pięćdziesiątych chodził „z Susan i chyba setką innych kobiet” (with Susan and about a hundred other women), ale równocześnie nie umiał pozbyć się z pamięci poznanej w Los Angeles w ’53 tancerki Frances Taylor, która po kilku latach została jego pierwszą żoną. O ich burzliwej relacji pisałem przed laty w felietonie Oblicza Milesa albo „Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde”, toteż tutaj nie będę się nad nią pochylać i jedynie napomknę, iż nawet po rozwodzie Davis uznawał Taylor za miłość swojego życia.
Ponownie, tedy po raz szósty, na „hundred” natyka się czytelnik już w rozdziale jedenastym, z jakiego sporo dowiedzieć można się o nagrywaniu w 1959 roku jednego z najważniejszych albumów w historii jazzu – Kind of Blue, wraz z o dekadę młodszym Bitches Brew Davisowego opus magnum i być może w ogóle najlepszej płyty jazzowej. Tutaj seta pojawia się przy okazji wzmianki o wręczeniu jakichś 100 dolarów (about a hundred dollars) Billie Holiday, wybitnej piosenkarce, która, zrujnowana fizycznie przez alkohol i narkotyki, zmarła latem ’59. Miles nie znał jej zbyt dobrze, niemniej cenił ją i bywał na jej koncertach, z których najbardziej lubił to, jak śpiewała I Loves You, Porgy. Po raz ostatni widział ją żywą na początku owego roku, gdy występował w klubie Birdland w Nowym Jorku, dokąd przyszła, żeby poprosić go o kasę na działkę heroiny, a on sięgnął do kieszeni i dał jej wszystko, co przy sobie miał. Jak zapisał kawałek dalej, „Wyjąwszy ten fakt [tj. śmierć Billie Holiday], w 1959 roku czułem się, jakbym był królem świata”.
Siódmy i ostatni raz „hundred” występuje dopiero na końcu rozdziału siedemnastego, i to w kontekście polskim. Trębacz napisał tam o trasie koncertowej po Europie, jaką odbył jesienią 1983 roku. Skoro w tym miejscu wyłącznie o nim wspomniał, to zapewne najsilniej utkwił mu w pamięci koncert, jaki podczas festiwalu Jazz Jamboree dał 23. października w Warszawie, gdzie „Wszyscy mieli w klapach znaczki z napisem We Want Miles”, jak brzmiał tytuł płyty z 1982 roku. Co więcej, „Kiedy skończyliśmy występ, ludzie powstali, wiwatowali i śpiewali, że życzą mi stu lat życia” (they hoped that I live a hundred years). To, że widownia tak entuzjastycznie zareagowała na koncert największej sławy i legendy jazzu, jest rzeczą zrozumiałą, wszak w dobie komunizmu ludzie w Polsce byli spragnieni najlżejszego choćby powiewu Zachodu, tymczasem w Sali Kongresowej dostali jego potężny podmuch, o ile nie przeszło wtedy przez ich ówczesne i dotychczasowe życie istne tornado. Natomiast mogłoby dziwić to, że wjeżdżając do kraju, w którym od lat panował opresyjny system i bezwzględny reżim, w którym dopiero co skończył się stan wojenny, w którym władza skrupulatnie przetrzepywała podróżnych na granicy, Davis i towarzyszący mu muzycy nawet nie musieli przechodzić odprawy celnej. Wystukałem, że „mogłoby” to dziwić, gdyż sam Miles wyjaśnił, co było przyczyną tak ciepłego przyjęcia: estyma i uwielbienie, jakimi darzył go Jurij Andropow, natenczas przywódca Związku Radzieckiego. To właśnie tenże sekretarz generalny KC KPZR (Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego) był miłośnikiem twórczości Davisa, dlatego zapewnił mu to, czego tylko mógłby potrzebować, przykładowo ekskluzywną limuzynę, tak żeby szacowny gość mógł sobie wszystko komfortowo zwiedzić w Warszawie, gdzie, wedle wspomnienia Jazzmana, „ulokowano mnie w najlepszym hotelu” i „traktowano jak króla”. Andropow podobno „bardzo chciał przyjechać na nasz koncert, ale akurat zachorował. Przysłał tylko osobiste pozdrowienia i życzył nam, żeby koncert udał się wspaniale, chociaż żałuje, że sam nie może przybyć”. I rzeczywiście, w owym czasie Andropow już powoli dogorywał – cierpiał na ostrą niewydolność nerek, stale poddawany był dializom i od lata ’83 permanentnie przebywał w szpitalu, gdzie zmarł w lutym 1984 roku.
Na Jazz Jamboree powtórnie przybył Davis w 1988 roku, trzy lata przed śmiercią, która, pomimo odśpiewanego mu w ’83 przez zgromadzoną w Warszawie publiczność Sto lat, przyszła po niego już w siódmej dekadzie żywota, 28. września 1991 roku, gdy miał 65 lat.
Od młodości hardy, mający poczucie własnej wartości, godności i niezależności, nie dawał sobie Miles Davis dmuchać w kaszę, dlatego nigdy nie pozwolił białym Amerykanom wejść sobie na głowę i dać się zapędzić w kozi róg, stając się ponadczasową ikoną, wzorem do naśladowania i inspiracją dla czarnych (i nie tylko) z obu Ameryk i świata. Uwierzywszy w to, co powtarzali mu ojciec i dziadek, a mianowicie, że „Davisowie zawsze daleko zachodzili”, zaszedł dalej od innych, tak daleko, że w blisko 35 lat od swojej śmierci, a w równo 100 lat od swoich urodzin, jest wspominany i słuchany na całym świecie, w tym w Polsce, w której niejeden miłośnik jego twórczości siedzi po nocy przed komputerem i przy akompaniamencie jego różnorodnej muzyki wystukuje poświęcone mu słowa.
Happy Birthday, Miles, wherever You are!
[1] Większość cytatów pochodzi z książki, jaką napisali Miles Davis i Quincy Troupe, Miles. The Autobiography, New York 1990, oraz z jej tłumaczenia autorstwa Filipa Łobodzińskiego, Miles. Autobiografia, Warszawa 2006.