Motto(1):
„Pisać o muzyce to jak tańczyć o architekturze.”
Edgar Froese
Motto(2):
„Artysta to człowiek, któremu się nie udało, a krytyk to artysta, któremu się nie udało.”
Nie wiem kto
Kiedy tylko powstała sztuka, od razu pojawili się recenzenci (kto oglądał „Historię świata” Mela Brooksa, ten wie). Widocznie w naszej naturze jest wszystko opisać, określić, ocenić – i tak dalej. Kiedyś ktoś powiedział, że diabeł stworzył armię, a Bóg dezertera. W tym przypadku – Bóg stworzył sztukę, a diabeł krytyka (Nie wiem czy Nergal by się z Tobą zgodził – przyp. Agnieszka) .
Nic tak nigdy nie podnosiło temperatury na naszym portalu, jak co bardziej udatne recenzje niektórych płyt. Ponoć zaczęło się od „In Memoriam” Abraxasu. Sam też mam na koncie kilka takich „dzieł” – bo nie ma to jak wrzucić granat do szamba i w bezpiecznym ukryciu zobaczyć skutki eksplozji. Chociaż z tym bezpiecznym ukryciem różnie bywało… Niewątpliwie recenzje i recenzenci zawsze wzbudzali i wzbudzają wiele namiętności – szczególnie wśród samych twórców, którzy najchętniej widzieliby nas w najciemniejszej tiurmie Świętego Oficjum. No ale są i będą straceńcy, którzy czują w sobie „wolę bożą” do pisania takich rzeczy. Może coś z tego, co tam jest niżej napisane, komuś się do czegoś przyda?
Co to jest recenzja?
Co to jest recenzja, zwana też recką i po co ona komu – jest to rzecz napisana mniej więcej po polsku, coś w rodzaju tekstu reklamowego, a służy temu, żeby przybliżyć dany produkt konsumentowi – zachęcić, albo zniechęcić do nabycia.
Jak pisać recenzje?
Po pierwsze – nie pisać. Jest tyle przyjemniejszych sposobów na spędzanie wolnego czasu. Od picia alkoholu, do odwiedzania muzeum. Możliwości jest dużo, NAPRAWDĘ bardzo dużo.
Dobrze, uparliśmy się – będziemy pisać. Aha – ważne. Jeżeli chcemy pisać głównie po to, żeby poprawić sobie notowania u płci przeciwnej – możemy przeżyć spore rozczarowanie. Ten sposób rwania lasek „na małpę” może być bardzo mało skuteczny (chociaż jeden z naszych młodszych kolegów twierdzi, że w jego wypadku sprawdza się to zupełnie dobrze…?) Musimy sobie też zdawać sprawę z tego, że w drabinie pokarmowej zajmujemy dosyć poślednie miejsce – tak gdzieś nieco wyżej od układaczy nekrologów. Ale już piszący teksty do ulotek reklamowych są na nieco wyższym stopniu rozwoju (zrobić ludziom wodę z mózgu trzeba umieć), a newsowcy z brukowców typu „Obleśne Nowinki” są już absolutnie poza naszym zasięgiem.
Wybrawszy taką a nie inną drogę życie, wypadałoby wiedzieć cóż to za indywiduum ten recenzent i gdzie go umiejscowić w muzycznym świecie. Muzyczny świat możemy podzielić z grubsza na dwie części – tą mniejszą, duuuużo mniejszą którą zaludniają muzycy, producenci, wydawcy i tym podobni, oraz ta znacznie większą – słuchaczy. Zwykle muzycznym pismakom wydaje się, że należą do tej pierwszej części i bardzo próbują to sobie udowodnić, fraternizując się na różnych eventach z ludźmi z tej drugiej strony odsłuchów. Tak nie jest, należą do tej mniej ekskluzywnej części muzycznego uniwersum (oczywiście są wyjątki – na przykład świętej pamięci John Peel). Są tylko słuchaczami. Tylko nieco szczególnego typu – potrafią przelewać swoje muzyczne przemyślenia na papier (*) (albo mają więcej talentu w tym zakresie od innych, albo mniej samokrytycyzmu). I lepiej, żeby o tym pamiętali, bo takie spoufalania się z muzykantami i podobnymi typami, może koniec końców źle wpływać na ich wiarygodność (no bo wczoraj z nim piłem, a dzisiaj mam zrąbać jego krążek, albo zglanuję ten kawałek plastiku, a potem wytwórnia nie da promosów i będą musiał kicać do sklepu, żeby to kupić i to jeszcze za własne pieniądze, o wejściówkach na koncerty też będzie można zapomnieć – itd., itd.). Chyba, że im ta wiarygodność dynda. Czasami mam wrażenie, że niektórzy nawet nie wiedzą co to jest…
O czym pisać? Piszmy o tym na czym się znamy, albo o tym co lubimy, albo na czym się znamy i co lubimy. Ostatnia kategoria jest prosta jak budowa cepa – mamy swoje ulubione płyty, wykonawców, których lubimy od zawsze, zajmujących się muzyka, której słuchamy bardzo dużo (w moim przypadku - synth-pop z lat 80-tych). Na czym się znamy – czyli jakiś nasz faworyt nagrał płytę, ale w sumie lepiej, gdyby tego nie robił. My jesteśmy fanem świadomym, nie traktujemy każdego dzieła naszego ulubieńca z czołobitnością i w recenzji dajemy upust swojemu rozczarowaniu. Albo trafia nam się płyta z gatunku w którym czujemy się jak ryba w wodzie, a jest to takie dzieło, że w całej wiosce mleko się od niego zsiada i czujemy się w obowiązku ostrzec osoby postronne, że bliższy z nim kontakt grozi śmiercią lub kalectwem (do wyboru). Jednym słowem – bierzemy płytę pod obcasy. Co lubimy - trafiła nam się płyta wykonawcy grającego polka-doom-folk-turbo-metal, nie mamy zielonego pojęcia co to za homo, sam gatunek jest nam równie obcy jak ... Ale płytę ujeżdżamy trzy razy dziennie i fajnie byłoby podzielić się z innymi swoimi odczuciami na ten temat. Wtedy piszemy na świeżaka, czyli neofitę. Wszelkie braki w wiedzy nadrabiamy entuzjazmem i komplementami. Cały czas podkreślamy, że my tu w gruncie rzeczy przypadkiem, o niczym nie mamy zielonego pojęcia, ale podmiot naszych ochów i achów jest po prostu rewelacyjny. Może się nam to śmignąć. Bardziej kumaci w temacie odpuszczą nam pewne usterki, najwyżej się trochę pośmieją, ale tak dobrotliwie.
No i jest jeszcze jedna kategoria recenzji - prace zlecone. Ale to jak będziemy już "na etacie" w jakiejś redakcji. Wtedy od czasu do czasu nasz szef wręczy nam kilka płyt do zrecenzowania na wczoraj. No i tu się zaczynają schody. Często są to rzeczy, których metrowym kijem nie ruszylibyśmy, a tu jeszcze trzeba tego posłuchać i to kilka razy. Rzeczy, których absolutnie nie znamy i nie bardzo mamy ochotę je poznać. Po prostu sporo różnego barachła. Tutaj podstawowym problemem jest, że to jazda na czas. Szybko. Z sensem. Konkretnie. Niestety – wena tfurcza chodzi se jak chce – raz jest, a najczęściej jej nie ma. A tu trzeba po kilka akapitów sklecić. "Jeszcze tylko coś na pięć wersów i koniec...". Orka na ugorze własnego natchnienia.
Co zawsze, ale to zawsze też nam się przyda w czasie „pracy recenzenckiej” – trochę konkretnej, muzycznej wiedzy, pewna erudycja i osłuchanie. Im więcej muzyki posłuchamy, tym łatwiej nam będzie o niej pisać.
Recenzje pozytywne – recenzje negatywne. Z recenzjami pozytywnymi bywa tak, że płyt łatwo się słucha, ale za to trudno o nich pisze. No napisz dobrą, pozytywną recenzję którejś z najlepszych płyt AC/DC. Właśnie – przychodzą do głowy trzy cztery oklepane schematy, a inwencja kończy się na kilku linijkach tekstu. Jasne, zawsze można dosztukować trochę o sprawach nieco pozamuzycznych, na przykład, że w "The Jack" to nie chodzi o kartę do gry, tylko o chorobę weneryczną. A z recenzjami negatywnymi jest odwrotnie. Jeśli się przebrnie przez materiał do recenzji, to już jest z górki. Hulaj dusza piekła nie ma. Wtedy piórem unurzanym w żółci jedzie się po Bogu ducha winnym artyście jak po łysej kobyle. Krytykować jest łatwo, szczególnie, jeżeli ktoś ma chociaż trochę ostrzejsze pióro. Upajamy się wtedy błyskotliwą złośliwością naszych epitetów, wymyślamy co dosadniejsze określenia, które mają jeszcze głębiej pogrążyć inkryminowany produkt muzyczny. W filmie "Ratatuj" jest taki bardzo mądry monolog krytyka kulinarnego Augustyna Ego (znanego z wyjątkowo zjadliwych opinii), że krytykowanie dla krytykowania jest tylko i wyłącznie samodopieszczaniem i nie ma nic wspólnego z rzetelnością i odpowiedzialnością za słowo. Że należałoby zwracać też uwagę na ludzi, którzy stworzyli to, po czym my z takim wdziękiem przewalcowaliśmy się. Ci, którzy czytali niektóre recenzje, szczególnie Riverside i DVD Quidam, uśmiechną się złośliwie – Kapała się nawrócił, he, he! Nic z tych rzeczy. Co im się należało – to dostały, moja opinia wcale się nie zmieniła. Chodzi o to, że jeżeli chcemy kogoś krytykować, to dobrze byłoby mieć jakieś argumenty. Każdy tekst, jeżeli tylko będzie dobrze uzasadniony, obroni się jako nasze własne zdanie. Żeby nikt nie mógł nam zarzucić, że przyszliśmy do szkoły nieprzygotowani. Dlatego, jeżeli chcemy zjechać jakieś dzieło, musimy mu poświęcić znacznie więcej czasu niż, niż takiemu, które będziemy chwalić.
A ile czasu trzeba poświęcić płycie, żeby ją zrecenzować? Tyle ile trzeba. Czasami zanim wybrzmią ostatnie dźwięki muzyki ma się w głowie ułożony spory kawałek tekstu. Czasami ma się pomysł na recenzję zanim krążek wyląduje w odtwarzaczu. A czasami tygodniami słucha się jakiejś muzyki i trudno ją rozgryźć.
Właśnie – pomysł. Dobrze byłoby mieć jakiś na każdą recenzję. Trudna sprawa. Szczególnie jeśli już takich tekstów trochę się napisało. To nie jest tak, że zawsze możemy zacząć od "Zespół X po Y latach wydał swoją kolejną płytę..." i dalej podobnie, ze szczegółowym opisywaniem poszczególnych utworów. Najczęściej czyta się to z równym zainteresowaniem, jak rolkę papieru toaletowego. Coś tam trzeba takiego napisać – minimum pewnych informacji o danym krążku jest niezbędne. Podstawa – "czym to się je". Zawsze mnie denerwuje, jeżeli przeczytam całą recenzję, autor dał gwiazdek w cholerę, a ja dalej nie wiem, czy to chodzi o metal, czy disco polo. Dobrze jest mimo wszystko umieścić w tekście pewne informacje mniej więcej w jakich okolicach muzycznych żeruje opisywany artysta. Trzeba też pamiętać o podstawowej rzeczy – akurat my piszemy dla ludzi. W przeciwieństwie do naszych idoli, którzy mówią, że tworzą tylko dla siebie (i czasami lepiej, aby tak zostało…). Ponieważ my piszemy dla ludzi, dlatego trzeba starać się pisać w miarę przystępnie i zajmująco. Można zacząć od jakiegoś dowcipu, jakiejś anegdoty (po amerykańsku), mniej lub bardziej nawiązującej do opisywanego albumu. Można też napisać recenzję, która jest o wszystkim, tylko nie o samej płycie. Można, ale sporadycznie. Na dłuższą metę nie da się tak. Mnie osobiście zdarza się pisać w ramach recenzji felietony o tematyce społeczno-politycznej, gdzie treść recenzowanego krążka nie jest do końca na pierwszym planie. Też staram się z tym nie przesadzać. Na razie napisałem może ze trzy takie teksty. Nie ma reguły. Nie ma żadnych reguł. Prawie.
Jedni mówią, że recenzent powinien być przeźroczysty, jak najmniej ingerować między płytę a potencjalnego słuchacza. Inni uważają, że recenzent zawsze musi jakoś zaznaczyć swoje „ja” w recenzji. Przegięcie pały w którąkolwiek stronę jest szkodliwe. W pierwszym przypadku mamy kronikarza („Przyszli, zrobili, napisali, nagrali i nie doczytali, bo zasnęli”) a nie recenzenta, a w drugim osobnika, który koniecznie musi zostać zauważony, na przykład siląc się na wydumane kontrowersje („A może by tak zlustrować Ciemną Stronę…?”). Recenzent musi być przede wszystkim sobą – cokolwiek by to nie znaczyło.
O czym nie pisać – nie piszemy o tym, czego nie lubimy i na czym się nie znamy. Jeżeli jakiś gatunek nam absolutnie nie podchodzi, staramy się nie wypowiadać na ten temat publicznie. A przynajmniej nie w zbyt eksponowanej formie. Bo możemy zrobić z siebie głupa. Nie warto też pisać o polskich wykonawcach. Więcej kłopotów, niż przyjemności. Napiszemy źle – wiadomo. Kamień obrazy. Napiszemy prawie genialne – obrażą się o „prawie”, będziemy piać z zachwytu – i tak nam się dostanie, że interpretujemy dzieło nie tak jak chce artysta. Czyli lepiej sobie dać spokój. Oczywiście, są wyjątki, jak od każdej reguły. Ale jak to zwykle bywa – trzeba je znać.
Obiektywizm – czyli coś, co nie istnieje. Zawsze jeżeli o czymś piszemy, przedstawiamy własne zdanie, czyli jesteśmy SUBIEKTYWNI i nic tego nie zmieni. Obiektywni to możemy być na przykład w sytuacji, gdy mamy racje dwóch stron, ich argumenty – musimy coś rozstrzygnąć, coś zdecydować, wtedy to jest obiektywizm. A w wypadku płyty gdzie są te strony – jesteśmy tylko my i ta muzyka – wtedy to jest tylko i wyłącznie kwestia naszego gustu – a na pewno nie jest on obiektywny. Nigdy nie będziemy obiektywni pisząc o naszych uczuciach i odczuciach. To jest nasze spojrzenie na jakieś muzyczne zagadnienie, nasze odczucia, nasze spostrzeżenia. Wszystko nasze. Nie pana Gienka z sąsiedniej klatki. Podpisujemy się też pod tym własnym nazwiskiem. Za to powinniśmy być RZETELNI. Myślę, że w tej sytuacji często właśnie rzetelność jest mylona z obiektywizmem.
Powyższy tekst powstał po przeczytaniu sporej porcji recenzji nadesłanych nam przez czytelników. Wiele z nich trafiło na nasze ramy, nie raz nie dwa w fajny sposób uzupełniając naszą i tak już całkiem obszerną bazę o teksty dotyczące płyt mało znanych a bardzo ciekawych, albo bardziej znanych, a które jakoś nam umknęły. Oczywiście były też teksty słabsze, nie nadające się do publikacji. No cóż – recki nie cuda, nie każda się uda (prawie Sztaudynger). Mimo, że internet stał się podstawowym sposobem dostępu do muzyki, ale recenzje dalej pozostają swoistym „filtrem”, który pozwala na jakąś selekcję materiału.
(*) – o słowo mówione w radiu i „wyglądane” w telewizji też tu chodzi.