Leprous to już w naszym kraju koncertowy pewniak…
Mimo że norweska formacja przybywa do Polski regularnie z każdą trasą a i wpada na nasze rodzime festiwale (muzycy mają już nad Wisłą grubo ponad 20 gigów), ich koncerty zawsze cieszą się sporym zainteresowaniem. Nie inaczej było w miniony wtorek we wrocławskim Centrum Koncertowym A2.
Ale nie powinno to dziwić, bo półka artystyczna i wykonawcza, na jaką wspięli się Norwegowie, zawieszona jest bardzo wysoko i widać to już było przy wejściu na wydarzenie po - choć to oczywiście mało znaczący wyróżnik wielkości - wypasionym i wcale już nietanim merchu. No ale panowie doszli do tego ciężką pracą, zaczynając – także u nas – od niewielkich koncertów dla kilkudziesięciu osób (sam byłem lata temu na takim) i co ważne, nie schlebiając gustom fanów i nie idąc na komercyjne skróty.
Tym razem muzycy zagrali u nas wyjątkowy koncert. Bo ostatni w ramach drugiej części europejskiego tournée promującego wydany w 2024 roku album Melodies of Atonement. Po części też artyści promowali ostatnią, świetną koncertówkę An Evening of Atonement, recenzowaną przez nas niedawno, z której wybrzmiało tu jedenaście numerów. Wizualnie zresztą mieliśmy dokładnie to, co na zarejestrowanym w Tilburgu koncercie. Wielka grafika z ostatniej płyty z tyłu sceny, muzycy ubrani na czarno, jednak już bez słupów ognia i chóru fanów. Generalnie było przekrojowo, po cztery numery z Melodies of Atonement i Pitfalls oraz reprezentanci pięciu wcześniejszych płyt, w tym najstarsza kompozycja tego wieczoru, Forced Entry z Bilateral. No.. może nie tak do końca. Bo najstarsze było Take On Me A-ha, cover, na który chyba wszyscy czekali. Ich wersja jest naprawdę wyjątkowa, silnie uciekająca od oryginału i tu wypadła wybitnie. Do tego z fajnie śpiewającą publicznością w refrenie.
Przed gwiazdą wieczoru najpierw wystąpił Crystal Horizon, który swój półgodzinny set oparł o wydaną w 2024 roku EP-kę grając All My Dreams, Flashbacks i Where You End ale też i nowe rzeczy. Nie ukrywam, że bardzo silnie słyszalne inspiracje ich rodakami z Leprous trochę mi przeszkadzały, ale cóż - każdy kiedyś zaczynał. Po Norwegach na scenę wyszli Brytyjczycy z Ihlo. I przyznam otwarcie, że też po ich występie czułem lekkie rozczarowanie. Słuchając ich ostatniej – promowanej tu – płyty Legacy miałem obraz grupy zgrabnie łączącej progmetalowy szlif z dużą dozą dobrej melodyki i klimatycznymi wyciszeniami. Może nie jakoś odkrywczo, ale bardzo przyjemnie. Tu proponując setlistę złożoną z utworów z wcześniejszego Union i ze wspomnianego Legacy wypadli bardziej energetycznie, zdecydowanie stawiając na techniczną precyzję i wręcz djentową moc. Żeby była jasność, publiczność ich występ przyjęła niezwykle ciepło, żegnając przesympatycznych Brytyjczyków gorącymi brawami.
Tekst: Mariusz Danielak
Foto: Michał "Angelus" Majewski