Bielski kwartet wystąpił w ramach trasy promocyjnej albumu "Celtic Harp Tales".

Data została wybrana punktowo. 17 marca, w Dzień Świętego Patryka, scena wrocławskiego Narodowego Forum Muzyki stała się przystankiem na trasie Celtic Tales Quartet. Amelia Tokarska (harfa), Paweł Biliński (klawisze), Krzysztof Maciejowski (pięciostrunowe skrzypce elektryczne) oraz Sławek Berny (perkusjonalia) przyjechali do Wrocławia w ramach trasy promującej album „The Celtic Harp Tales”. Półtoragodzinny set nie był jednak sztywnym odtworzeniem płyty. Muzycy odważnie wyszli poza ramy wydawnictwa, budując całość wokół narracji łączącej dźwięk ze słowem.

To nie był zwykły koncert, a raczej godzina z hakiem spędzona na słuchaniu historii wyczarowanych z połączenia instrumentów kojarzących się z muzyką poważną oraz typowo rozrywkową. Tradycyjne melodie z Irlandii i Szkocji odzyskały swój kontekst dzięki opowieściom Pawła Bilińskiego i Amelii Tokarskiej, które wprowadzały w historie opowiedziane muzyką.

Amelia Tokarska, będąca sercem tego projektu, nie traktuje harfy w sposób muzealny. Choć kojarzymy ją z eterycznym brzmieniem, Tokarska wnosi na scenę dyscyplinę i precyzję wyniesioną z prestiżowych konserwatoriów w Brukseli i Pradze. Jej wirtuozeria, połączona z nowoczesnym wykorzystaniem instrumentu, przywodzi na myśl techniczny kunszt Andreasa Vollenweidera - u niej również harfa przestaje być tylko tłem, stając się dynamicznym liderem. Jako solistka i pierwsza harfistka filharmonii w Zlinie, dysponuje warsztatem, który pozwala jej na całkowitą swobodę w eksperymentach. Być może to jej pasje pozaestradowe jak loty parolotnią czy jazda konna, przekładają się na tę sceniczną brawurę. Dla niej harfa to instrument o ogromnej dynamice, tworzący fundament pod wręcz filmowe struktury.

W tej konfiguracji aranżacje bez pardonu uciekały w stronę nowoczesnego soundu, który dla pokolenia wychowanego w latach 80. był sentymentalną podróżą. W momentach, gdy harfa splatała się z syntezatorami Bilińskiego, w powietrzu wisiał duch Clannad z okresu albumu „Legend”. To ten sam mistyczny, gęsty klimat, który kiedyś definiował ścieżkę do „Robina z Sherwood”. Z kolei dbałość o nastrój i epicki rozmach kompozycji momentami zbliżał kwartet do estetyki Loreeny McKennitt, Enyi czy Camel z okresu "Harbour of Tears".

Maestro Krzysztof Maciejowski - bo nie mogę o nim inaczej napisać,  ma swój oręż, którego nie waha się użyć  i to są skrzypce elektryczne. Znany m.in. z wydawnictw Lizard artysta, wykorzystując technikę sul ponticello w połączeniu z celowym szumem smyczka, uzyskiwał ten charakterystyczny, świdrujący dźwięk, który wywoływał autentyczne ciarki! Te same, które towarzyszyły dla przykładu przy ścieżce dźwiękowej Ludwiga Göranssona do „Oppenheimera”. Z kolei Sławek Berny, sięgając po handpan, wprowadził element niemal metafizyczny. Choć w kultowej muzyce Hansa Zimmera do „Interstellar” tego instrumentu nie uświadczymy, to właśnie ten specyficzny, metaliczny rezonans w połączeniu z delikatnością harfy przywoływał skojarzenia z kosmiczną pustką i nostalgią tamtego dzieła. I to było niepowtarzalne odczucie.

Występ odbył się w Sali Czerwonej - największej sali kameralnej Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu. Widok niemal wszystkich wypełnionych miejsc potwierdził, że wrocławianie szukali w Dniu św. Patryka czegoś więcej niż tylko folklorystycznej pocztówki. Poszedłem na ten występ saute - bez przygotowania, nie znając większości utworów. I muszę przyznać, że rzadko zdarza mi się na koncertach po prostu zamknąć oczy i pozwolić, by narracja prowadziła mnie w tak nieoczywiste, niemal kinowe rejony.