Gdy ćwierć wieku temu w Bristolu powstawała ta brytyjska formacja zespół Depeche Mode był tuż po wydaniu jednego z najważniejszych albumów w swojej dyskografii, płyty „Violator”, i przy okazji, u szczytu popularności. Warto o tym wspomnieć, zanim padnie tu słów parę o wczorajszym występie Mesh w łódzkiej Scenografii…

Dlaczego? Bo założyciele grupy, Mark Hockings i Richard Silverthorn, w wywiadach nigdy nie ukrywali, że pochodząca z Basildon formacja stanowiła dla nich ogromną inspirację, gdy zaczynali tworzyć swoją muzykę. Mało tego, gdy duet w 2006 roku wydawał jeden z najbardziej cenionych swoich albumów, We Collide, jego producentem był sam Gareth Jones, słynny producent i inżynier dźwięku, odpowiadający za brzmienie takich płyt Depeche Mode, jak Construction Time Again, Some Great Reward, czy Black Celebration.

Dziś, mający 25 lat Mesh sam już jest otoczony kultem wśród fanów elektronicznego rocka, synth popu, electro popu, czy dark wave, choć pozycje obu wspomnianych grup są różne. Formacja Martina Gore’a i Davida Gahana stała się stadionową gwiazdą, po drodze mocno odchodząc od brzmień prezentowanych w latach osiemdziesiątych, zaś Mesh pozostał w klimatach rodem z tej i następnej dekady, dalej grając świetne, nośne utwory, niemniej w klubowym entourage’u. Oczywiście kojarzenie Mesh li tylko z Depeche Mode jest mocnym i pewnie krzywdzącym uproszczeniem, niemniej moja niezbyt siedząca w muzycznych tematach żona, słysząc dźwięki dominujące ostatnio w domu, w ramach przygotowań do łódzkiego koncertu, zagadała: „Widzę, że do Depeszów wróciłeś?”

Do rzeczy. Grupa już kilkukrotnie gościła w Polsce grając między innymi na Warsaw Dark Electro Festival w warszawskiej Progresji w 2015 roku, czy na słynnym Castle Party dwa lata później. Tym razem zespół (piszę zespół, ale to w zasadzie duet Hockingsa i Silverthorna, któremu podczas koncertów towarzyszą dodatkowi muzycy) przybył na jedyny koncert w Polsce do kameralnej łódzkiej Scenografii.

Klub zapełnił się całkiem zacnie i nie muszę dodawać, że w strojach zdecydowanie dominowała czerń. Muzycy przybyli do Polski w ramach trasy The Truth Doesn't Matter Tour promując dwa tegoroczne, niezwykle udane wydawnictwa: wydany w marcu pełnowymiarowy The Truth Doesn't Matter i mający oficjalną premierę pod koniec listopada (choć już dostępny podczas koncertu) mini album Fallen Angel. Nie powinno zatem dziwić, że nagrania z tych dwóch wydawnictw zdominowały setlistę (łącznie 14 na 22 zaprezentowane kompozycje). I bardzo dobrze, bo to świetne rzeczy (o czym już niebawem napiszę w recenzjach na łamach naszego serwisu), brzmiące niczym klasyki duetu. Takie Trying To Save You, A Storm Is Coming, I Bleed Through You, czy zagrane na samiuteńki koniec Exile, to hity pierwszej próby, wręcz koncertowe petardy. Podobnie zresztą jest z najnowszym singlem Fallen Angel, który rozsadzał nośnością. Publiczność reagowała na te rzeczy wręcz ekstatycznie (a przecież to świeży materiał!) a u kilku osób zauważyłem nawet znajomość większości tekstów tych kompozycji! A gdy dodamy do tego zagrany prawie na początku My Protector, zaprezentowane na bis The Last One Standing (oba numery z Looking Skyward) oraz Taken for Granted wyśpiewane w refrenie przez niemalże całą salę (I need to start again, take me far away) obraz gorącego koncertu mamy pełen. Muzycy – oprócz śpiewającego Hockingssa i stojącego za zestawem instrumentów klawiszowych, niekiedy wychodzącego, niczym Martin Gore z gitarą, Silverthorna, grali jeszcze klawiszowiec Vaughn George i perkusista Sean Suleman - przez równe dwie godziny bawili zebranych a towarzyszyły im na scenie bogate, ekspansywne światła i solidne, choć może nieco zbyt głośnie brzmienie.

Przed gwiazdą wieczoru wystąpiła Agnis, polska artystka prezentująca muzykę w klimatach darkwave i synth-pop z elementami słowiańskiego okultyzmu, która przez to sama określa swą twórczość jako witchpop. W ciekawej, gotycko-kobiecej kreacji zaprezentowała niedługi set zwieńczony jej wersją Depeszowego Question Of Time. Do tego tuż po występie poinformowała o swoich nadziejach na występ na słynnej… Eurowizji (artystka zgłasza utwór Pussycat do polskich preselekcji na ten festiwal).