PROGolucja Październikowa we wrocławskim Łączniku za nami!
W sobotę, 24 października, wrocławski klub Łącznik gościł siódmą odsłonę fanowskiego festiwalu PROGolucja Październikowa. Ta cykliczna już impreza, organizowana przez grupę zapaleńców pod wodzą Wojtka Olejniczenki, z biegiem lat wyraźnie okrzepła, systematycznie poszerzając muzyczne spektrum. Jednego z pewnością nie można jej zarzucić: monotonii. Edycja 2026 okazała się ogólnie znacznie bardziej metalowa i industrialna niż progresywna, w czym niemałą zasługę miała sama, dość specyficzna akustyka tego ciekawego miejsca.
Zrządzeniem losu, zamiast formacji Purple Strain, na którą zapewne wielu uczestników mocno się nastawiało, festiwal otworzył wrocławski Virya. Prowadzący przeprosił ze sceny za nagłą roszadę, tłumacząc ją zgłoszoną niedyspozycją zdrowotną muzyków. Tę wymuszoną zmianę z nawiązką zrekompensowało jednak wejście Mariusza Janusińskiego – wokalista wrocławskiego składu wbił na deski w lekarskim fartuchu i bez zbędnych ceregieli rozpoczął kurację publiczności. To formacja dość młoda stażem, ukierunkowana mocno na metalcore. Sam frontman dołączył niedawno, ale materiał mają z solidnym pazurem i zarazem z nośną melodyką, bliższą przedstawicielom nu-metalu w stylu Korna czy wczesnego Linkin Park. W pierwszym odruchu pomyślałem sobie: panowie zostali po WROFF-ie i po prostu nie chcieli zejść ze sceny – tak dobrze im się grało, więc Wojtek pozwolił im wystąpić dla świętego spokoju. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej prozaiczna: na fanpejdżu Progolucji wisi cały elaborat o organizacyjnej walce, by dopiąć plan i znaleźć godne zastępstwo. Efekt? Chłopaki solidnie wymiatają na deskach, a czwórka muzyków doskonale radzi sobie z prezencją sceniczną. I to było paradoksalnie najlżejsze tąpnięcie tego wieczoru! Zadziałało to zupełnie jak u Hitchcocka: najpierw wstrząs, a potem napięcie tylko rosło. Zaskoczyli mnie do tego stopnia, że z wrażenia nie zdążyłem nawet zanotować, co dokładnie grali.
Drugi w kolejności zameldował się gdańsko-świdnicki Diatom. Świdnicę w tym kwartecie poruszającym się na styku post-metalu reprezentuje wokalista Michał Kulniew – choć dziś to właściwie już nie Świdnica, a Wrocław. O samym zespole szeroko rozpisywać się nie będziemy: w skrócie wyszło to z morza i bardzo pewnie zakorzeniło się w krajowej scenie alternatywno-metalowej. Kulniew dodał do tej 5-tonowej mechanicznej prasy wyrazistą, teatralną mimikę, tworząc jeden z ciekawszych składów łączących alt z potężnym post-metalem. Znakomite wrażenie na żywo zrobili na mnie już wcześniej, gdy widziałem ich w klubie Alive podczas wspólnego koncertu z warszawskimi Konstelacjami. Setlista: Silver, For Mercy, Najdalej, Burza, Riverbeds, Na skraju, Met, Below, The Northern Veil, Późno i wcale
Trzeci na scenie pojawił się warszawski Pale Mannequin – i było to bez wątpienia najgłębsze zanurzenie w wielowątkowe, ambitne formy rockowe. Chłopaki, mając na koncie świetny album „Toń”, zaserwowali kolejny znakomity występ. W składzie pojawił się nowy perkusista, w secie nie zabrakło premierowych numerów, a całość dopełniła ich firmowa impresja sceniczna połączona z kwiecistymi koszulami.
W sobotę, 24 października, wrocławski klub Łącznik gościł siódmą odsłonę fanowskiego festiwalu PROGolucja Październikowa. Ta cykliczna już impreza, organizowana przez grupę zapaleńców pod wodzą Wojtka Olejniczenki, z biegiem lat wyraźnie okrzepła, systematycznie poszerzając muzyczne spektrum. Jednego z pewnością nie można jej zarzucić: monotonii. Edycja 2026 okazała się ogólnie znacznie bardziej metalowa i industrialna niż art-rockowa, w czym niemałą zasługę miała sama, dość specyficzna akustyka tego ciekawego miejsca.
Zrządzeniem losu, zamiast formacji Purple Stain, na którą zapewne wielu uczestników mocno się nastawiało, festiwal otworzył wrocławski Virya. Prowadzący przeprosił ze sceny za nagłą roszadę, tłumacząc ją zgłoszoną niedyspozycją zdrowotną muzyków. Tę wymuszoną zmianę z nawiązką zrekompensowało jednak wejście Mariusza Janusińskiego - wokalista wrocławskiego składu wbił na deski w lekarskim fartuchu i bez zbędnych ceregieli rozpoczął kurację publiczności. To formacja dość młoda stażem, ukierunkowana mocno na metalcore. Sam frontman dołączył niedawno, ale materiał mają z solidnym pazurem i zarazem z nośną melodyką, bliższą przedstawicielom nu-metalu w stylu Korna czy wczesnego Linkin Park. W pierwszym odruchu pomyślałem sobie: panowie zostali po WROFF-ie i po prostu nie chcieli zejść ze sceny - tak dobrze im się grało, więc Wojtek pozwolił im wystąpić dla świętego spokoju. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej prozaiczna: na fanpejdżu Progolucji wisi cały elaborat o organizacyjnej walce, by dopiąć plan i znaleźć godne zastępstwo. Efekt? Chłopaki solidnie wymiatają na deskach, a czwórka muzyków doskonale radzi sobie z prezencją sceniczną. I to było paradoksalnie najlżejsze tąpnięcie tego wieczoru! Zadziałało to zupełnie jak u Hitchcocka: najpierw wstrząs, a potem napięcie tylko rosło. Zaskoczyli mnie do tego stopnia, że z wrażenia nie zdążyłem nawet zanotować, co dokładnie grali.
Drugi w kolejności zameldował się gdańsko-świdnicki Diatom. Świdnicę w tym kwartecie poruszającym się na styku post-metalu reprezentuje wokalista Michał Kulniew - choć dziś to właściwie już nie Świdnica, a Wrocław. O samym zespole szeroko rozpisywać się nie będziemy: w skrócie wyszło to z morza i bardzo pewnie zakorzeniło się w krajowej scenie alternatywno-metalowej. Kulniew dodał do tej 5-tonowej mechanicznej prasy wyrazistą, teatralną mimikę, tworząc jeden z ciekawszych składów łączących alternatywę z potężnym post-metalem. Znakomite wrażenie na żywo zrobili na mnie już wcześniej, gdy widziałem ich w klubie Alive podczas wspólnego koncertu z warszawskimi Konstelacjami. Setlista: Silver, For Mercy, Najdalej, Burza, Riverbeds, Na skraju, Met, Below, The Northern Veil, Późno i wcale
Trzeci na scenie pojawił się warszawski Pale Mannequin - i było to bez wątpienia najgłębsze zanurzenie w wielowątkowe, ambitne formy rockowe. Chłopaki, mając na koncie świetny album „Toń”, zaserwowali kolejny znakomity występ. W składzie pojawił się nowy perkusista, w secie nie zabrakło premierowych numerów, a całość dopełniła ich firmowa impresja sceniczna połączona z kwiecistymi koszulami.
Setlista: Dzień bez marzeń, Maniacs Mind, Colours of Continuity, Inertia, Senna nieznajoma, Toń, Some Dawn
Czwarty w rozkładzie jazdy był - o ile nikt nie pomieszał kolejności w rozpisce - wodzisławski Gallileous. Dla Ślązaków to zresztą nie pierwszy wypad do tego klubu; gościli już w Łączniku na zaproszenie ekipy Daffodil Pill. Chciałoby się rzucić: „uff, wreszcie jedyni, którzy grają purytańskiego rocka” - a gdzie tam! Ze Śląska przywieźli ze sobą cały ten śląski bluesowy puls od SBB i Dżemu. Oddychają tym samym powietrzem i piją tę samą wodę co muzycy obu legend. Z drugiej strony Śląsk to przecież matecznik polskiego metalu, a Gallileous słynie z bezpardonowego rozbijania ram gatunkowych. Sięgają po cały przekrój inspiracji ze złotych lat muzyki gitarowej: od soulu i psychodelicznego bluesa, przez klasyczny rock i metal, aż po echa disco. W ich tyglu surowy vintage lat 60 - Janis Joplin, Hendrixa czy Creedence Clearwater Revival zderza się bez kompleksów z motoryką Abby oraz ciężkim zaciosem spod znaku Black Sabbath i Judas Priest. Głos Ani robi tu kolosalną robotę. Drobna wokalistka dysponuje tak nośnym, soulowo-rockowym gardłem, że bez trudu dominuje nad ścianą instrumentów. Z każdym kolejnym koncertem odkrywa się ich granie zupełnie na nowo - mają już doskonale wyrobioną markę scenicznych performerów, którzy do tego potrafią wciągnąć całą salę do wspólnych pląsów. Ach, ta technika z mikrofonami bezprzewodowymi i rajdami w tłum 😉
Setlista: Sonic Boom, Frankenstein, Dust on My Back, Eye of the Storm, Dancing Ash, Stereosun, A Blurred Melody, On the Ocean
Na wielki finał przyszedł symfoniczny metal pod postacią Angels' Rebellion. Do Romana Machety przy mikrofonie dołączyła Ula Issel, postać doskonale znana choćby z nastrojowych wieczorów w Starym Klasztorze (jej interpretacja „Zombie” z repertuaru The Cranberries to ciary murowane, ale to temat na osobną historię). Skład niezwykle intrygujący, aczkolwiek momentami potężnie za głośny jak na gabaryty tej sali. Dosłownie. Szkoda też absencji żywej wiolonczeli, którą tym razem zastąpiono partiami z komputera. Sama wiolonczela niestety tylko jako ilustracja ze standów. Mimo to panowie i pani pociągnęli set z pełną mocą, gęsto i bez taryfy ulgowej, aż do samego końca festiwalu. Setlista: Intro, No Grace for the Liar, Go to Hell, I Don’t Care, Intro, Mind Control, Bloodlust, It’s Gone, Drum Solo, Avenger, The Final War, Angels Rebellion, Your Soul Is Mine
Surowe ściany Łącznika ze swoim postindustrialnym sznytem zapewniają specyficzną oprawę akustyczną. Dynamiczna gra świateł - choć dla ludzi z aparatami bywa drogą przez mękę - potrafi dość inspirująco zbudować nastrój i dramaturgię, co dobitnie pokazał choćby występ Diatomu. To miejsce po prostu ma swój unikalny klimat. Kto odpuścił i nie dotarł, niech żałuje! I tym wesołym podsumowaniem szykuję mejkap i przebranie na halloweenowy wieczór w Starym Klasztorze, gdzie znów będzie okazja usłyszeć Ulę w towarzystwie innych wrocławskich wokalistów i muzyków 😉