Dawno nie maiłem sytuacji podczas oglądania koncertu, w której w trakcie trwania występu miotałem się w swoich myślach między ewidentną fascynacją i drastycznym rozczarowaniem…

Grupa The Sisters Of Mercy była w pewnym momencie mojego życia jedną z najbardziej cenionych formacji. Także i ja uległem fascynacji nią dzięki audycjom Tomasza Beksińskiego, który nie tylko w wyjątkowy sposób zbudował u nas ich markę, ale też uwypuklał w nich ekscentryczną i niedostępną osobowość Andrew Eldritcha. Gdy 29 lat temu zespół po raz pierwszy przyjechał do Polski i 30 kwietnia 1997 roku zagrał we wrocławskiej Hali Stulecia, w domu przeżywałem „mały dramat”, bo dokładnie za tydzień miałem mieć maturę i moja szanowna mama skutecznie wybiła mi z głowy wyjazd na Dolny Śląsk, wskazując na nieprzerobione repetytorium z języka polskiego…

Piszę o tym oczywiście z lekkim przekąsem i nostalgią. Faktem jest jednak to, że grupa ponownie zawitała do Polski dopiero po 12 latach. Ale ja – choć znałem na pamięć ich trzy kultowe płyty -  już wtedy miałem zupełnie inne muzyczne fascynacje. I tak się jakoś to wszystko poukładało, że mimo setek zjechanych koncertów w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, na Siostry Miłosierdzia nigdy nie dotarłem. Do minionego piątku.

Piątku, podczas którego czas jakby stanął w miejscu. Miałem wrażenie, że jestem na koncercie formacji w czasach jej największej popularności. Wyprzedana do ostatniego miejsca sala, spowita absolutną mgłą scena z ledwo widocznymi ciemnymi postaciami muzyków, praktycznie z niedostrzegalnymi twarzami i ekstatycznie, czasami wręcz krzykliwie, reagująca publiczność na każdy gest majaczącej gdzieś, w tej wszechogarniającej bieli, postaci. Głównie Eldritcha, przyjmującego niekiedy wymowne, jakby prowokujące do reakcji pozy. Do tego ten jedyny, trudny do pomylenia z innym, mroczny, niski wokal i mocno nabijający rytm legendarny Doktor Avalanche.

Coś w tym wszystkim było. Trzymanie się pewnej konwencji, która zbudowała legendę. A jednak, gdy spojrzałem na chłodno na to widowisko, z perspektywy XXI wieku i kilkuset koncertów na karku oraz przywołałem w swoich myślach zdanie „kto stoi w miejscu, ten się cofa”, zobaczyłem, jak ten Eldritchowski pomysł jakoś się zestarzał…

Zacznijmy od doboru utworów, które wypełniły muzyką ledwie 80 minut. Przypomnę, że grupa po nagraniu w 1990 roku trzeciego albumu Vision Thing nie wydała już płyty z premierowym materiałem. A z tych trzech albumów, w 20-utworowej setliście, znalazło się tylko siedem kompozycji [trzy z Floodland (Dominion, Lucretia My Reflection, This Corrosion) i pięć z Vision Things (Ribbons, I Was Wrong, More oraz połączone Doctor Jeep z Detonation Boulevard)]. Reszta to, poza klasykami Temple Of Love oraz Alice, rzeczy „nowe”, powstałe już w XXI wieku i nigdzie nie wydane. To oczywiście efekt słynnego „strajku” Eldritcha z początku lat 90-tych, który obiecał, że nie wyda nowej muzyki, dopóki kontrakt z jego wytwórnią nie wygaśnie. Mimo zakończenia konfliktu z wytwórnią, zespół jednak od ponad trzydziestu lat prezentuje nowe utwory wyłącznie na koncertach. I choć one nie są złe, wszak utrzymane w klimacie dawnych kompozycji, to i tak fani czekają na te ikoniczne piosenki, które wzbudzają największy entuzjazm. Cóż, szkoda że zabrakło czegoś z First and Last and Always, a z Some Girls Wander by Mistake była tylko wspomniana Alice.

Trudno też rozpływać się nad wokalnymi partiami Eldritcha, które znacznie odbiegają od tych znanych z płyt, choć akurat uważam, że w Warszawie pod tym względem było przyzwoicie. Oddzielną sprawą jest specyficzne brzmienie koncertowe grupy. Dosyć płaskie, bez soczystej głębi, z charakterystycznym automatem perkusyjnym i partiami basu z sampla (dziwnie to wygląda na żywo w takim Dominion, czy w Lucretia My Reflection, w których te dwa „sztuczne” ogniwa napędzają te utwory). Do tego było zbyt cicho. Pierwszą część koncertu spędziłem bardzo blisko sceny i tam, pod tym względem, było solidnie, jednak na kilka ostatnich utworów zawędrowałem na koniec sali. A tam momentami głośne rozmowy przybyłych przeszkadzały we właściwym odbiorze. Dodam, że obserwację z końca sali wydarzeń scenicznych można było sobie darować, gdyż dominującym obrazem były jasne kłęby dymu, niekiedy zmieniające kolor.

Przed gwiazdą wieczoru zagrali Norwegowie z The Hiveminds z muzyką z kompletnie innej bajki. Mocno oldschoolową, organiczną, z charakterystycznymi partiami organów i formami perkusji unikającymi przekombinowanych, skomplikowanych przejść, stawiających za to na surowość i motorykę. Ich półgodzinny set był, na tle Sióstr Miłosierdzia, przejawem rockowej naturalności i autentyczności.