To już drugi festiwal, w ramach Kujawsko-Pomorskiego Programowania Kultury, który w tym roku udało mi się zaliczyć. Po bydgoskim Progressive Evening vol. 11 przyszedł czas na toruński Rock Art Festival vol. 6…

I ponownie, jak miało to miejsce w przypadku Bydgoszczy, dotarłem do koncertowego miejsca, w którym o dziwo, nie dane mi było do tej pory być. Piszę „o dziwo”, wszak to legendarny studencki klub muzyczny i znane centrum kulturalne kopernikańskiego grodu, które wielu wyjątkowych artystów przez lata gościło.

Możliwość bezproblemowego parkowania przy miejscu wydarzenia, do tego nowoczesne i przestronne wnętrza klubu oraz takowa sala z wygodnymi siedzeniami, zapewniająca komfortowe warunki brzmieniowe sugerowały, że ten wieczór nie może się nie udać. I te przeczucia mnie nie zawiodły, choć wszystko zaczęło się z małym obsuwem i… nieco zaskakującym, być może nawet niektórych rozczarowującym, występem grupy LizZard.

Bo francuskie trio, które widziałem już po raz trzeci, zagrało tylko 20 minut i zeszło ze sceny. Powodem były ponoć pewne problemy techniczne, które nie pozwoliły formacji zagrać całego występu. Szkoda, choć zespół zrekompensował swoim sympatykom tak krótki set spotkaniem w kuluarach, wspólnymi zdjęciami i autografami, choćby na nowym albumie Mesh, który przyjechali tu promować i który był do zdobycia „na merczu”.

Tegoroczny skład był nie tylko bardzo międzynarodowy, ale przede wszystkim niezwykle równy i pewnie każdy z przybyłych, mając swoich faworytów, mógł ustawić kolejność występowania artystów w zupełnie innej kolejności.

Zgodnie z oficjalną rozpiską, jako drudzy na scenę wyszli Włosi z Kingcrow, których ostatni raz widziałem w ubiegłym roku w Krakowie przed Klone. Tu już poprzeczka poszła zdecydowanie wyżej i to nie tylko z powodu pełnego, godzinnego występu. Przesympatyczni Włosi wybrali bowiem naprawdę mocne numery, zaczynając od energetycznego i obdarzonego świetnym riffem Kintsugi z ostatniego, bardzo smakowitego albumu Hopium. On zresztą, co oczywiste, dominował w setliście, gdyż wybrzmiały z niego jeszcze cztery numery (Parallel Lines, Night Drive, Glitch, Hopium). Jak zwykle moje serce skradło ulubione The Persistence z tak zatytułowanego krążka, ale też przefajnie wypadło zagrane pod koniec występu The Moth z Eidos.

Miałem swojego faworyta w Toruniu i był nim międzynarodowy TEMIC. I to nie tylko z tego powodu, że był jedyną formacją, której w tym gronie nigdy nie widziałem na żywo, ale przede wszystkim dlatego, że panowie nagrali do tej pory dwa świetne albumy: Terror Management Theory i tegoroczny Ceiba, które wypełniły setlistę (z małą przewagą debiutu). Ich występ był okazją do zobaczenia rewelacyjnego wokalisty i energetycznego frontmana, znanego z Maraton, Fredrika Bergersena Klempa, który nie tylko schodził ze sceny, ale też wędrował wśród publiczności, między rzędami krzeseł, mobilizując do wspólnego śpiewania w kończącym występ Mothallah. Ponadto, dużą atrakcją było obserwowanie niezwykle cenionego amerykańskiego multiinstrumentalisty, kompozytora i wokalisty, Erica Gillette, znanego głównie z The Neal Morse Band, który tu popisywał się fantastycznymi figurami gitarowymi. Trochę szkoda, że w setliście zabrakło miejsca na moją ulubioną kompozycję Acts Of Violence (na szczęście było cudne Falling Away), ale i tak uważam, że ich występ był bezwzględnie najlepszym tego wieczoru.

W tym kontekście zamykający festiwal norweski Rendezvous Point miał trudne zadanie. Swoim wcale niełatwym i zaawansowanym technicznie progresywnym metalem musiał podtrzymać gorącą atmosferę występu TEMIC. I początkowo miałem wrażenie, że faktycznie pod tym względem nieco siadło. Jednak wszędobylski wokalista Geirmund Hansen nie poddawał się i z każdą chwilą zarażał zebranych swoją energią. Skończyło się tym, że zespołowi udało się jako jedynemu (!!) nie tylko podnieść z wygodnych krzeseł zebranych, ale nawet zebrać ich znaczną część (w tym piszącego te słowa) pod samą sceną! Tak oto, tym występem, grupa zapewniła spektakularny finał całego festiwalu, choć nie można zapominać, że jedną z największych atrakcji ich koncertu, zdominowanego kompozycjami z albumów Dream Chaser i Solar Storm, był solowy popis perkusyjny niesamowitego i widowiskowego Baarda Kolstada z Leprous, zakończony uderzeniem czołem w… perkusyjny talerz.

Przemiłą odskocznią od festiwalowych ciężkich brzmień było spotkanie ze Sławomirem Wierzcholskim z Nocnej Zmiany Bluesa, który w ramach "Bliskich spotkań" nie tylko z wielką swadą i erudycją opowiadał o historii bluesa, czy harmonijce, ale zagrał też na niej kilka utworów.