Niezwykle okazale wypadła koncertowa inauguracja Stratocastle na Zamku w Ćmielowie. Bo oto po raz pierwszy do Polski zjechała supergrupa BEAT, dając piękny koncert w malowniczym i historycznym entourage’u…
Jeszcze pod koniec maja tego roku miałem przyjemność uczestniczyć w otwarciu zrekonstruowanego po wielu latach zamku a i zwiedzić pomieszczone w nim wyjątkowe i największe w Europie Muzeum Gitar. W piątek przyszedł wreszcie czas na koncertowe doznania w tym dość wyjątkowym miejscu. Trzeba przyznać, że organizatorzy historię Stratocastle rozpoczęli od wysokiego „C”. Albo inaczej… dokładnie tak, jak Alfred Hitchcock, który zawsze inaugurował swoje filmy emocjonalnym „trzęsieniem ziemi”. No bo zaproszenie takich tuzów rocka, jak Adrian Belew, Tony Levin, Steve Vai i Danny Carey, do miejsca, gdzieś „w odległej Polsce”, do tej pory wcale nie kojarzonego z wielkim koncertowym graniem, musiało robić wrażenie.
Przypomnę, że wspomniani panowie z projektem BEAT na dobre ruszyli w 2024 roku, postanawiając wspólnie reinterpretować na żywo trzy kultowe albumy King Crimson z lat osiemdziesiątych: Discipline, Beat i Three Of A Perfect Pair. Jednym słowem, miłośnicy karmazynowej muzyki, którzy bardzo licznie przybyli do Ćmielowa, doskonale wiedzieli czego się spodziewać i sama setlista nie była jakimś wielkim zaskoczeniem. Bardziej chodziło o dotknięcie na żywo tych brzmień, pewną magię oraz sentyment do nich i wreszcie wirtuozerskie ich wykonanie.
Kwartet wyszedł na scenę dosłownie chwilę po anonsowanej 19:30. Jeszcze skąpany w słonecznych promieniach i z ogromnym logo słonia w tle, został owacyjnie przywitany przez zebranych. Artyści – jak to zazwyczaj bywa na zakończenie koncertu (!) – najpierw pozdrawiali przybyłych oraz wspólnie się ukłonili i dopiero potem odpalili Neuroticę z Beat, choć pierwsza część występu została zdominowana przez nagrania z Three of a Perfect Pair (Model Man, Dig Me, Man With an Open Heart, Industry, Larks' Tongues in Aspic). No właśnie, koncert został podzielony na dwie - oddzielone 20-minutową przerwą - części. Być może przez fakt mojej mniejszej słabości do pomieszczonych w 80-minutowej części pierwszej nagrań, a może przez docieranie się publiczności i muzyków oraz szukanie wzajemnej chemii, a może wreszcie przez to, że jeszcze niebo nad sceną było słoneczno-błękitne, ta pierwsza odsłona mniej przypadła mi do gustu
Bo w tej drugiej działa się już magia. Muzycy w zmienionych strojach, ciemności zapadające nad zamkiem uwydatniające piękną oprawę świetlną (o której będzie jeszcze słowo) i wreszcie wybrzmiewające co rusz klasyki, od przyjętego entuzjastycznie Frame by Frame, poprzez Matte Kudasai, Three of a Perfect Pair, Elephant Talk, Indiscipline, po Red i Thela Hun Ginjeet zagrane na bisy, zrobiły swoje. Ikoniczne Red było zresztą jedyną tego wieczoru kompozycją spoza wspomnianej albumowej trójki. To przy okazji jej zapowiedzi Belew przywołał ciepło samego Roberta Frippa, który wszak z pełnym entuzjazmem podszedł do projektu i udzielił mu swojego oficjalnego błogosławieństwa.
Muzycy byli tego wieczoru w wybornej formie, może na początku jeszcze bojaźliwi, ale w drugiej odsłonie widać było ich cały wirtuozerski kunszt. Panowie nie zagrali ani jednego niepotrzebnego dźwięku a ich reinterpretacje poszczególnych kompozycji pokazały, że ta muzyka się nie zestarzała. Sprzyjało im doskonałe, wręcz idealne w drugiej odsłonie nagłośnienie, w którym słychać było każde szarpnięcie struny przez Vaia, basowe figury z perfekcyjną biegłością generowane przez Levina, czy każde perkusyjne uderzenie Carey’a. Zebrani mogli zresztą to wszystko oglądać na dwóch ogromnych ekranach pomieszczonych po bokach sceny. A skoro o zewnętrznościach mowa. Przepięknym multimedialnym doświadczeniem było połączenie koloru scenicznych świateł z kolorystyką zamku. Jednym słowem: dawna twierdza był momentami zielona, pomarańczowa, niebieska, czy czerwona a wszystko to w zależności od tego, który z tych kolorów dominował na scenie!
Czas na kilka około koncertowych reminiscencji. Bo inauguracja Stratocastle to nie tylko trwający dwie i pół godziny występ. Fani mieli możliwość uczestniczenia w Meet & Greet z muzykami, czy wybrania komfortowego pakietu, bądź oglądania swoich idoli z bliższej odległości. Na zebranych czekał niezwykle wypasiony BEAT-owy merch, choć trochę z cenami, o których dżentelmeni nie rozmawiają. Z drugiej strony, wielu dokonało pięknych zakupów z podpisanymi pamiątkami na całe życie! Na przybyłych czekał bardzo obszerny i nieodległy darmowy parking, liczne toalety i szeroka oferta gastronomiczna. Jakżeż niesamowicie oglądało się, przed koncertem i podczas przerwy, tłumy ludzi, okupujących zielone trawniki wokół zamku i wodnego akwenu, spędzających czas na nie tylko muzycznych pogaduchach. Do tego dopisała kapitalna pogoda, podbijając atmosferę wydarzenia.
Niektórzy, jeszcze przed odpaleniem projektu Stratocastle, ze sceptycyzmem patrzyli na niego. Bo jednak w odległym od miejskich centrów miejscu, gdzieś na prowincji, z dojazdem o „nie autostradowym charakterze”… Czy to się mogło/może udać? Najpewniej czas pokaże, jednak patrząc na to, co zadziało się wczoraj, na jakość wydarzenia i ludzi, którym chciało się do ćmielowskiego zamku dotrzeć, można być ostrożnym optymistą. Tym bardziej, że zwykle tak bywa, iż nie zawsze lokalizacja i infrastruktura tworzą wyjątkowość muzycznego miejsca, ale ludzie i ich pomysły na nie. Adrian Belew dziękując ze sceny za wieczór szczerze był zachwycony i dumny, że w takiej inauguracji Stratocastle mógł uczestniczyć.
Do relacji polecamy bogaty wybór zdjęć, które – choć wykonane jeszcze podczas tej słonecznej części występu – mamy nadzieję, choć trochę, oddadzą atmosferę tego piątkowego wieczoru.