6. edycja Ostrów Rock Festival przeszła do historii i to zdecydowanie tej chlubnej. Posługując się mocno już wyświechtanymi słownymi kalkami można powiedzieć, że z każdym rokiem impreza rośnie w siłę, jak na drożdżach…
Już zgodnie z pewną tradycją organizatorzy postawili na dość nieoczywisty i zaskakujący zestaw wykonawców. Bo choć w nazwie wydarzenia nie ma przymiotnika „progresywny”, przez wielu kojarzone jest ono przez pryzmat artrockowych brzmień. Tymczasem dwa lata temu absolutnym strzałem w dziesiątkę była nasza zjawiskowa Bokka, rok temu, dołączona w ostatniej chwili do składu, legenda polskiego hard’n’heavy, grupa Turbo, a w tym roku prawdziwą petardą okazał się koncert Johna Portera. Tegoroczna edycja przez wielu uważana była już na starcie za bardzo metalową, a niektórzy – nieco bardziej uszczypliwi – określali ją wręcz jako skrojoną pod „starych metalowców”. A jak wyszło? Po raz kolejny okazało się, że ta wybuchowa mieszanka zadziałała, bo metalowi klasycy się obronili, a „świeża krew”, doskonale ich dopełniła.
Ale po kolei. Także i w tym roku były dwie sceny, zacznijmy zatem od tej Dużej, pomieszczonej, co oczywiste, w większym namiocie. Wspomniałem już o Porterze, pozwolę zatem sobie najpierw dopełnić ten wątek. Bo ten „nasz Walijczyk” był zdecydowanym zwycięzcą pierwszego dnia! Od rozpoczynającego całość Ain’t Got My Music biła od niego energia, której niejeden młokos mógłby mu pozazdrościć! A Porter, mimo pięknej „75” na karku, fantastycznie się poruszał, charakterystycznie dla siebie tańcząc, a nawet energetycznie skacząc (Garage). No i nie opuszczał go wyśmienity humor. Crazy, Crazy, Crazy zadedykował wszystkim zebranym z dopowiedzeniem „też jestem stuknięty”, a anonsując Revolution in the Whorehouse dodał, że „w burdelu też potrzebne są zmiany”. A już totalną bombą było odpalenie rozpędzonego I’m Just Singer po koniec koncertu.
Sporo malkontenckich uwag było przed występem kultowego My Dying Bride. Że to już nie ten zespół i że bez Aarona Stainthorpe’a, to już nie to. Tymczasem na sam koniec sobotniego wieczoru, ci klasycy doom metalu, obronili się zacnie. Myślę, że dobrym komentarzem do ich występu mogą być słowa organizatora festiwalu, Roberta Wojcieszaka, które przekazał mi już po rejestracji wywiadu dla naszego portalu. Zaznaczył, że gdy kontraktował zespół, wokalistą formacji był jeszcze wspomniany Aaron. Ale czyż zastąpienie go samym Mikko Kotamäki ze Swallow The Sun (!), z perspektywy czasu, nie stanie się pewnym fajnym, wspomnieniowym smaczkiem, że oto oglądało się My Dying Bride w takim wyjątkowym zestawieniu.
W sobotę na Dużej Scenie wystąpiły jeszcze trzy formacje. Otworzył ją izraelski Scardust z dysponującą dużą wokalną skalą i spektakularnie wyglądającą Noą Gruman. Mimo początkowych problemów technicznych z mikrofonem ich połączenie progresywnej formy z symfonicznym rozmachem mogło się podobać fanom takich brzmień. W zupełnie innej, bardziej nostalgiczno-filmowej, odsłonie zaprezentowało się francuskie Esthesis, kończąc swój występ utworem No Soul to Sell z cenionego debiutu The Awakening. Z bardzo dobrej strony pokazali się też progmetalowi Norwegowie z Avkrvst, dzieląc niemalże po równo swój ponad godzinny set między dwa wydane albumy, The Approbation i ubiegłoroczny Waving at the Sky.
Niedzielną Dużą Scenę zainaugurowali Łodzianie z Let See Thin. I było to mocne otwarcie, zarówno pod względem frekwencyjnym (wszak jeszcze wczesna, niedzielna pora w drugim dniu festu zawsze może budzić obawy), brzmieniowym, jak i wykonawczym. Grupa zaprezentowała rzeczy z dwóch swoich albumów (2 Years 2 Late, Machine Called Life) z bogatym multimedialnym anturażem w tle a bardzo długie, rytmiczne brawa po pięknym Sailors, z cudnym gitarowym solo, zaskoczyły muzyków i pokazały, „że się podobało”. Po nich na scenę wyszli progmetalowcy z Ihlo. Widziałem tych Brytyjczyków już po raz drugi, poprzednio przed Leprous we Wrocławiu (o czym zresztą wspominał ze sceny wokalista Andy Robison, dopytując „kto był?”) i muszę przyznać, że w wersji koncertowej wypadają zdecydowanie mocniej, bardziej technicznie i matematycznie, niż na, chociażby ostatnim, albumie Legacy, który dominował w setliście, a który jednak sprawia wrażenie… bardziej delikatnego.
Ukojeniem dla melodyjnych, progresywnych dusz był występ przesympatycznego Lee Abrahama, który w naszym kraju gościł często jako członek Galahad. Niemniej, dla muzyków jego scenicznego projektu, był to pierwszy koncertowy wyjazd poza Wyspy, o czym Lee poinformował zebranych, ujmując ich tym niesamowicie! Abraham nie ma może wyjątkowego głosu, ale gdy tylko ustawiał się na brzegu sceny, by zagrać kolejne gitarowe solo, spod jego palców wychodziła magia. I właśnie z tego ten występ będzie zapamiętany.
Nie ukrywałem, że Swallow The Sun był moim tegorocznym faworytem i nie zawiodłem się. Znakomity, mroczny Mikko Kotamäki (po raz kolejny na scenie!), zakapturzeni muzycy i piękna setlista, rozpoczęta kapitalnym Innocence Was Long Forgotten z ostatniego Shining (z którego zresztą były jeszcze trzy numery), musiały przypaść do gustu fanom atmosferycznych i melancholijnych, metalowych klimatów w Katatonicznym stylu.
Występ kończącego festiwal Tiamat mógłbym skwitować wyświechtanym zdaniem „starzy, ale jarzy”. Artyści może i dawno nie nagrali nowego materiału, jednak potrafili przywołać ducha starych, dobrych czasów. Ubrany cały na biało, nieco demoniczny Johan Edlund, nie tylko przypomniał się ze swoim mrocznym wokalem, ale i ujmująco pokazywał zebranym zlepione z dłoni serce. Setlista była pełna klasyków (między innymi z albumów Wildhoney, Clouds, Prey, A Deeper Kind Of Slumber, Skeleton Skeletron) a wykonanie niezwykłego Gaia na sam koniec, zahipnotyzowało zebranych i było godnym zwieńczeniem całego wydarzenia. Brawom nie było końca i niewiele zabrakło do… niespodziewanego, jak na założenia imprezy, bisu.
I jeszcze trochę słów o Małej Scenie, bo tam też się działo. W sobotę otworzyło ją warszawskie Merdu, które zagrało tak, że natychmiast po ich występie utworzyła się kolejka do zakupu ich 4-utworowej EP-ki. Chętni do jej nabycia (w tym i ja) musieli wszak chwilę poczekać na schodzącego ze sceny muzyka, który sprzedawał krążki niczym świeże bułeczki. Trio Haasta, z basistką na pokładzie i gitarzystą w koszulce System Of A Down, oparło swój set na recenzowanym u nas debiucie Gyddanyzc, jednak zakończyło występ przedpremierowym Mglistym porankiem. Prawdziwym wydarzeniem sobotniej Małej Sceny był jednak powrót legendarnego Aion. Wokalista zdradził, że grupa przygotowuje nowy album a ze sceny wybrzmiał z niego nawet premierowy utwór, Cyber Messiah. Przekrojowy set, zwieńczony kompozycją Killing Time (z operowymi, kobiecymi wokalizami) przyciągnął na Małą Scenę największe audytorium podczas całego festiwalu.
Niedziela w mniejszym namiocie to już porywający set panów z Konstelacji, którzy nie tylko zaimponowali dobrze zagranymi, energetycznymi kompozycjami, ale też jednolitymi, zielonymi, uniformami z logo kapeli. Ogromne wrażenie na zebranych zrobił Damian Szewczyk pokazując, że tylko na bas, perkusję i wokal można zagrać soczystego i inteligentnego rocka. Zaczął od Człowieka z Rivii ale potem, między innymi, zaskoczył zupełnie nową kompozycją (do której tekst, jak przyznał, skończył… rano) o bardzo progresywnym wyrazie! Prawdziwą petardą było jednak wykonanie utworu Budki Suflera Jest taki samotny dom, w którym kapitalny wokalny duet Szewczyka z Dominiką Kurędą najzwyczajniej pozamiatał. Już kompletnie inną kwestią była niezwykła sympatyczność, jaka biła od artysty przez cały występ. Niedzielną Małą Scenę zamknęli nasi rodacy z Imaginature serwując kawałek symfonicznego metalu z power metalowym szlifem, który mógł przypaść do gustu miłośnikom takich brzmień z operowym, żeńskim wokalem.
Warto dodać, że na Małej Scenie doszło w tym roku do jeszcze jednego ciekawego, aczkolwiek nie muzycznego wydarzenia. Było nim spotkanie z Krystianem Machnikiem, autorem książki Ostatni ludzie Czarnobyla, który w ciekawy sposób opowiedział o swoich podróżach do tego naznaczonego złą sławą miejsca i spotkaniach z osobami, którzy tam wrócili.
Podsumowując tegoroczną – największą pod względem frekwencyjnym - edycję trudno nie wspomnieć o dość istotnych elementach, które wpłynęły na to, że było to wydarzenie tak udane. Czyli o perfekcyjnie niemalże realizowanej „czasówce” oraz o solidnej ofercie gastronomicznej i „płytowo-koszulkowej”. I jeszcze jedna rzecz. Ostrów Rock Festival to niezwykle… czysty festiwal. Gdy w sobotę powoli zbierałem się do opuszczenia terenu imprezy już widziałem odpowiednie służby, które uprzątały kosze. Wówczas dotarło do mnie, że faktycznie przez cały festiwalowy dzień obcowałem z pięknymi, zielonymi trawnikami, absolutnie nie zaśmieconymi butelkami, czy kubkami. Niby drobiazg. Ale jakże miły.
Poniżej prezentujemy zdjęcia autorstwa Tomasza Kamińskiego. Wkrótce będziemy publikować galerie poświęcone poszczególnym artystom.