Niewątpliwie absolutnym bohaterem tegorocznej, jubileuszowej edycji festiwalu był niemiłosierny upał, z którym przyszło mierzyć się zarówno artystom, jak i całkiem licznej publiczności…

Jak podawały wszystkie krajowe media, w niedzielę (czyli w drugi dzień festiwalu), pod względem wysokości temperatury, Toruń przegrał tylko o dwie dziesiąte stopnia ze Słubicami, dochodząc do wartości 40,3ᵒ.

Przeogromnie współczułem inaugurującemu cały festiwal Dariuszowi Krzysztofowi Kurmanowi (Guitars Project), który w bardzo ciepłych słowach prosił o zrozumienie a i mentalne wsparcie od zebranych. Ujął mnie tym bardzo, podobnie zresztą jak pozostałych zebranych, którzy nagrodzili brawami to, iż mimo ekstremalnych warunków nie poddał się i pokazał sporo gitarowego kunsztu.

Nie mam zamiaru szczegółowo opisywać Państwu kolejnych występów (bo i nie bawiłem się w jakieś wielkie reporterskie notatki), gdyż większość wydarzenia można było (i można wciąż) zobaczyć w sieci, pozwolę sobie raczej na zauważenie bardziej kluczowych dla mnie momentów oraz na kilka uwag natury bardziej ogólnej.

W sobotę, po wspomnianym Kurmanie, wystąpiła Andareda opierając swój występ na recenzowanym u nas i bardzo udanym albumie Eksperyment Człowiek. Kolejny występ był jednym z tych, na który specjalnie pofatygowałem się do Torunia. Pierwszy, historyczny koncert duetu Krzysztof Lepiarczyk/Marek Smelkowski. Lubię tę „poetycką” odsłonę twórczości Lepiarczyka, w której niezwykle ciepły i głęboki głos Smelkowskiego dodaje całości fajnego wyrazu. I choć występ dał mi sporo przyjemności, to jednak nieco żałuję, że w setliście nie pojawiło się więcej kompozycji z Jakżeż ja się uspokoję i Albumu pieśni, kosztem utworów projektu Padre. Cieszy jednak to, że jesienią szykuje się kilka kolejnych koncertów tego formatu i wierzę, że pewne modyfikacje nastąpią. Warto też przy tej okazji zauważyć sceniczny występ gitarzysty Igora Smelkowskiego, syna wokalisty, w którego grze było może jeszcze nieco bojaźliwości, ale już i kunsztu. A to jeszcze… nastolatek!

Dużym wydarzeniem dla mnie było pojawienie się na scenie Szymona Brzezińskiego, gitarzysty i głównego kompozytora kultowego w naszym kraju i już nieistniejącego Abraxas. Muzyk wystąpił w formule projektu Nadjutrze, wraz ze swoją żoną Kingą, przenosząc zebranych w świat ciekawych, niebanalnych i przestrzennych brzmień, w których było miejsce na utwory znane, jak i jeszcze nigdzie nie wydane. Największe wrażenie zrobiły oczywiście powroty do Abraxasowych klasyków. In Memoriam, z gitarą Szymona i wokalizami Kingi, zahipnotyzowało cały amfiteatr a już prawdziwym crème de la crème było zagranie na sam koniec, trwającej ponad dwie i pół minuty, gitarowej solówki z Pokuszenia, która jest oficjalnym hymnem festiwalu. Brzeziński zagrał ją do przygotowanego podkładu, perfekcyjnie czarując palcami biegającymi po gryfie. Ostatni raz na żywo słyszałem tę – pewnie najpiękniejszą w historii polskiego artrocka – solówkę 27 lat temu, podczas koncertu Abraxas w radiowej Trójce, na którym miałem szczęście być, i muszę przyznać, że nic z tej wyjątkowej magii, jaką roztacza od lat, nie ubyło.

Występ gwiazdy sobotniego wieczoru nieco mnie rozczarował, choć to z pewnością mocno subiektywne odczucie. Bo niemiecką formację obejrzałem z pewnego sentymentu do czasów, w których wnikliwie śledziłem neoprogresywną scenę. Dziś, słuchając naszych przesympatycznych sąsiadów zza Odry, dostrzegałem przede wszystkim to, jak bardzo ta muzyka się zestarzała, brzmiąc chwilami dość sztampowo. Ogólne wrażenie psuł też sceniczny wizerunek formacji. Doskonale rozumiem ciężkie warunki atmosferyczne i zasłużony wiek artystów (swój uznany debiut Pure wydawali 36 lat temu!), z drugiej strony grupa – występując po godzinie 21 - była w o wiele lepszej sytuacji, niż wcześniej grający wykonawcy. Bo przyznam Państwu otwarcie, że nie mogłem wyrzucić z mojej głowy poczucia pewnej groteskowości sytuacji patrząc na wokalistę, Martina Edena, już przecież niemłodego pana, pląsającego po scenie w krótkich, kraciastych, niemalże piżamowych spodenkach. Dziwię się troszkę grupie, która nie koncertuje zbyt często, że przyjeżdżając do Polski na wyjątkowy, bo pierwszy, historyczny koncert i mając świadomość licznych fotograficznych pamiątek z niego, nie zadbała o ten ważny artystyczny element. Najważniejsza była wszak muzyka, a ta bardzo wielu się spodobała, czego wyrazem było ciepłe podziękowanie muzykom.

Drugi dzień rozpoczął Marcin Pająk, także zmagający się z intensywnie operującym słońcem. Co ciekawe, nie zrezygnował ze scenicznej czerni, nie polecanej wszak w takich warunkach. Koncert mógł się podobać choćby ze względu na świetnych instrumentalistów towarzyszących artyście, którzy z dużym luzem zaprezentowali wybrane przez Pająka na ten wieczór utwory.

Po nim był bydgoski Euphorizone, który zagrał chyba najlepiej przygotowany pod kątem produkcji występ. Były bogate multimedia a nawet – mimo wczesnej pory - flary emitujące czerwony dym. Do tego wszędobylski basista Adam Majewski biegający po całym amfiteatrze i oczywiście, jak zwykle, znakomity wokalnie Oleksandr Onofriichuk. Muzycy poprosili o nierejestrowanie występu ze względu na premierowe utwory (nowa płyta jesienią). Warto jednak zauważyć, że porwali się też na Child in Time Deep Purpli i wyszło im zacnie.

Koncert Oudeziel był tym trzecim smaczkiem, na który jechałem do kopernikańskiego grodu. Bo choć grali już na tym festiwalu dwa lata temu, widziałem ich tylko raz w Łodzi, gdy jeszcze nie funkcjonowali pod tą nazwą. Przede wszystkim doczekałem się na sam koniec kapitalnego wykonania mojego ukochanego Ordinary Life, a nieco wcześniej gitarowej wersji słynnego i wzruszającego tematu Andrzeja Kurylewicza do serialu Polskie drogi. Niejako po przeciwnej stronie emocji związanych z tym występem była zabawna interakcja perkusisty, Jarosława Bielawskiego, z publicznością, który komunikował się z zebranymi za pomocą wielkich białych plansz z napisami, „wymuszając” stosowne reakcje. Występ zespołu zakończyła jedna z najbardziej przejmujących chwil całego festiwalu: muzyczno – medialne wspomnienie zmarłego Janusza Bożko.

Festiwal zamknął świętujący swoje 35-lecie Quidam. Muzycy wyszli punktualnie o 21 i zagrali – jak to u nich – 90-minutowy, świetny gig z bardzo dobrze dobranym zestawem kompozycji (np. Kinds of Solitude at Night, They Are There to Remind Us), w których iskrzyło od solowych popisów gitarowych Macieja Mellera, ale też charakterystycznych fletowych figur Jacka Zasady. Były też i momenty zadumy, jak w Spotykaniu, czy w We Are Alone Together z pięknym wyjściem Bartosza Kossowicza do publiczności.

Sam festiwal miał oczywiście przesympatyczną atmosferę, pełną rozmów przy licznych stoiskach z płytami, czy bliskiego kontaktu publiczności z artystami. Trudno jednak było nie zauważyć – mimo świadomości, że wszystko to robią ludzie pełni pasji i poświęcenia dla tej idei - pewnej rozwlekłości wydarzenia. Organizatorzy nie zdecydowali się ani w sieci, ani na terenie wydarzenia, na opublikowanie godzinowego harmonogramu (chyba, że go przeoczyłem) i przerwy między poszczególnymi występami nieco się dłużyły a i anonsowana na każdy dzień godzina zakończenia imprezy była przekraczana. Warto też pewnie dla szacunku i prestiżu wręczanych nagród im. Piotra Grudzińskiego zadbać o wcześniejsze uzgodnienia czasowe z laureatami, zamiast ich wywoływania i kłopotliwego poszukiwania.