Wczorajszy, warszawski koncert Suede pozwolił mi przenieść się w czasie. Do muzycznego zjawiska, którego - mimo półwiecza na karku - dane mi było dotknąć tylko na filmach sprzed lat…

Bo przez parę chwil, w ten czwartkowy wieczór, mogłem doświadczyć tego, jak w latach sześćdziesiątych XX-wieku mogła wyglądać… beatlemania? Za grubo? Przesadziłem? Być może. Ale ten dopiero drugi w Polsce koncert Suede wywołał w wielu zebranych wręcz ekstatyczne emocje.

I może w istocie daleko było temu wszystkiemu, co wydarzyło się wczoraj, do szału na tle czwórki z Liverpoolu, ale ten londyński kwintet, wychodząc na scenę Progresji, mógł poczuć się przynajmniej dokładnie tak, jak za czasów swojej największej świetności w połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy świat leżał u stóp tych ojców britpopu.

Piszę to wszystko nieprzypadkowo. Bo po rozpadzie grupy już w XXI wieku i przeminięciu mody na britpop, wielu o nich zapomniało. Tymczasem oni, po reaktywacji, nagrywali coraz lepsze albumy, w tym dwa ostatnie, Autofiction i Antidepressants, jedne z najlepszych w całej dyskografii!

Dlatego ten koncert nie mógł się nie udać. Gdy punktualnie o 21 zaczęli grać znakomite Disintegrate, otwierające także ostatni album, zaczęła dziać się magia. Do tego sam Brett Anderson. Facet, od którego sceniczna charyzma biła na kilometr. Jeśli jeszcze czasami oglądam występ artysty z poczuciem obcowania z „prawdziwą, niedotykalną gwiazdą rocka”, to wczoraj właśnie tego doświadczałem. Mimo już prawie 60-tki, wciąż zachowuje fantastyczną, sportową sylwetkę. Ubrany cały na czarno, w rozpiętej dość głęboko, eleganckiej czarnej koszuli, z pewnością dostrzegał pełne podziwu spojrzenia zebranych. No i rozsadzała go energia. Biegał, zbliżał się w fosie do publiczności, tańczył, wykonując specyficzne kroki i poruszając ponętnie biodrami, machał mikrofonem na długim kablu. No i śpiewał tym jedynym, niepowtarzalnym, pełnym emocji ale i pewnej „histerycznej wzniosłości” głosem. Nie powinno zatem dziwić, że już po kilku piosenkach z jego twarzy zlatywały regularnie krople potu a wspomniana czarna koszula nadawała się do wykręcenia. Na tle Andersona Richard Oakes, Neil Codling, Mat Osman i Simon Gilbert byli uosobieniem spokoju. Ale to nie znaczy, że nie wykonywali swojej pracy perfekcyjnie.

Setlista była fantastyczna. Z promowanego Antidepressants, oprócz wspomnianego Disintegrate, zagrali jeszcze energetyczny Dancing with the Europeans, Trance State oraz mój ukochany i wytęskniony June Rain, którego pierwszą część Brett zaśpiewał w fosie, blisko fanów (ależ im wtedy zazdrościłem). Najwięcej rzeczy, bo aż pięć, odpalili wszak z Autofiction, w tym cudowne The Only Way I Can Love You, zagrane na jedyny bis, kończąc nim ten trwający 95 minut występ. A po drodze były obowiązkowe piękności, jak Trash, Filmstar, czy skąpany w czerwonych światłach Beautiful Ones na zakończenie podstawowego seta. Niezwykłe były dwa wyciszające momenty – Flytipping i wyjątkowe, akustyczne wykonanie Life is Golden. Naprawdę miało się wrażenie, że wypełniona do ostatniego miejsca sala Progresji lewitowała od emocji.

Przed gwiazdą wieczoru energetyczny i bardzo ciepło przyjęty koncert dała nasza rodzima Bujaturla. Urzekła mnie ich sceniczna bojaźliwość i naturalność (w pewnym momencie wokalistka i basistka Hanna Went w skromny sposób wyraziła, jak wielkim szczęściem dla nich jest granie przed tak liczną publicznością przed Suede). W ich brzmieniu sporo jest gitarowej alternatywy, psychodelii ale i pewnej słowiańskości. Połączenie pojawiającego się w promocyjnych tekstach o nich określenia „współcześni trubadurzy” i stroju sympatycznej wokalistki faktycznie momentami kierowało mnie w stronę naszych… Skaldów i Trubadurów.