Ależ to był koncert! Australijczycy z Melrose Avenue, nazywani w promocyjnych tekstach metalcore’owo – popową sensacją z Australii, po raz drugi zajechali do naszego kraju…

Po ubiegłorocznej Warszawie, tym razem przyszedł czas na jedyny występ w Krakowie. Występ, który był prawdziwą koncertową petardą! Australijczycy naprawdę perfekcyjnie łączą metalcore’owy ciężar i potężnie koszące riffy z bezczelną melodyjnością i nośnością, serwując co rusz kapitalne earwormy!

Za dużo wydanego w klasyczny, fizyczny sposób, materiału nie mają. Ot wydana w ubiegłym roku EP-ka Fool and the Beggar, którą zresztą można było nabyć na stoisku z merchem. Dlatego ich koncert trwał tylko 55 minut a kwartet pomieścił w nim cztery numery ze wspomnianej małej płytki (Falling Apart, Fool and the Beggar, Through Hell i Suffering na sam koniec) oraz zaserwował istną kanonadę singlowych hitów. Zaczęli od niesamowitego Taste, a potem wyskakiwały kolejno Inside Your Mind, Deep End, Bad Guy, Black Heart, Enemy, czy rozpędzony Body Bag, z których wybranie najlepszego refrenu do dziś sprawia mi problem. Zresztą, cała publiczność (w zdecydowanej większości… kobieca) dzielnie wtórowała w nich wokaliście.

A skoro o nim mowa. Choć kwartet tworzą gitarzyści Mitchell "Mitch" Black i Shawn "Red Curl" Mayer oraz perkusista Jed McIntosh, to tak naprawdę istnym motorem napędowym scenicznych wydarzeń był wokalista Vlado Saric, facet o twarzy i sylwetce „za milion dolarów”. Świetnie zbudowany, przez cały koncert występował bez koszulki prezentując ciało bardzo szczelnie pokryte tatuażami. Do tego świetnie tańczył, non stop biegał po scenie i przede wszystkim rewelacyjnie śpiewał.

Jednym z piękniejszych momentów koncertu było pomieszczone gdzieś w jego środku zwolnienie, swoisty oddech, w postaci ujmującego coveru Bring Me the Horizon, Drown. To przy nim zaświeciły się smartfonowe latarki. Kwartet na razie gra u nas niewielkie kluby, ale coś czuję, że niedługo to się zmieni. Nie przegapcie zatem okazji, żeby ich zobaczyć. Bo ta nadarzy się już w przyszłym roku w Warszawie.

Przed Australijczykami wystąpili Nowozelandczycy z Banks Arcade, dając 40-minutowy set, w którym połączyli metalcore z alt-metalem, post-hardcorem i triphopem. Mieli trochę problemów technicznych i ich występ na chwilę został przerwany, jednak skończyło się na sympatycznym przyjęciu.