Przepiękną sentymentalną podróż w czasy, gdy muzyka nie była jeszcze produktem, zaproponowała w minioną sobotę brytyjska formacja Red Box.
Przysłuchując się nieco pokoncertowym rozmowom mogę z dużą dozą pewności stwierdzić, że nie było chyba na sali krakowskiego Hype Parku osoby rozczarowanej tym występem. Jedyne co mogło doskwierać zebranym to wysokie temperatury, które w ten weekend dopadły nie tylko Kraków i na sali można było to odczuć. Ale przy tak sympatycznej atmosferze występu chyba wielu o tym zapominało.
Brytyjczycy, uwielbiani w Polsce w latach osiemdziesiątych, przede wszystkim za swój debiut The Circle and the Square oraz takie przeboje jak Chenko (Tenka-io), For America, czy Lean on Me (Ah-Li-Ayo) pięknie dobrali setlistę mieszając najstarsze rzeczy z tymi bardziej współczesnymi. Dlatego prym wiodły numery ze wspomnianego debiutu (oprócz wymienionych hitów były jeszcze Billy’s Line, przemagiczne Heart of the Sun i Saskatchewan) oraz te z wydanego w 2019 roku Chase The Setting Sun (w tym cudna i pozytywna muzycznie kompozycja This Is What We Came For, którą rozpoczęli występ a do tego Starwalker, „szamańskie” Ho Ho! i Gods & Kings). Dorzucili wszak jeszcze pięć kawałków z Plenty (Hurricane, Don't Let Go, Let It Rain, Say What's in Your Head i The Sign), Train z Motive na samiuteńki koniec oraz dwie kompozycje, o których za chwilę w „momentach”.
No właśnie! Momenty były? A pewnie… i to sporo! O wspólnym śpiewaniu For America i Chenko chyba nie muszę pisać. To po nim kapitalny zaśpiew publiczności wybrzmiewał od momentu zejścia muzyków ze sceny do ich powrotu na bisy. Był też cover The Mamas & the Papas California Dreamin' oraz autorska kompozycja pięknej córki Simona Toulson-Clarke’a, Katie (która w Red Box odpowiada za dodatkowe wokale i gitarę akustyczną), zatytułowana Dark Blues (tak była przynajmniej zapisana w setliście).
Z pewnością na niezwykłą atmosferę tego koncertu wpływało wyjątkowe sceniczne ciepło, jakie płynęło od Simona, który był niezwykle rozmowny, często wracał sentymentalnie do przeszłości albo opowiadał anegdoty (np. tę niesamowitą o dwudziestu skinheadach). Pięknie też i długo przedstawiał swoich muzyków i przyjaciół z zespołu, w tym między innymi gitarzystę Ali’ego Fergusona, kojarzonego przez wielu z Ray’em Wilsonem, oraz naszego rodaka w grupie, Michała Kirmucia.
Dodatkowego, ujmującego serce, smaczku dodawała taka… oldskulowość płynąca ze sceny (w dobrym tego słowa znaczeniu). Na niej porozkładane setlisty, teksty, poustawiane pulpity na nuty, a brzmienie niegłośne, delikatne, zaś muzycy z uśmiechem skupieni na grze, bez efektownych, scenicznych wygibasów.
Cóż, dawno nie byłem na tak ciepłym występie. Tak, to chyba dobre określenie! I nie mam tu absolutnie na myśli wspomnianych nieziemskich temperatur.